Gen. GRYF o Powstaniu, emigracji, III RP, Smoleńsku i walce z Rosją. „Gdyby mogli, sprzątnęliby mnie na ulicy”


za:  http://wpolityce.pl/historia/261112-tylko-u-nas-gen-gryf-o-powstaniu-emigracji-iii-rp-smolensku-i-walce-w-rosja-gdyby-mogli-sprzatneliby-mnie-na-ulicy?strona=1

 

Fot. wPolityce.pl
Fot. wPolityce.pl

Stanisław Żaryn

To jeden z tych domów, w których historia jest wciąż żywa, widoczna w każdym kącie pokoju, w którym każdy zakamarek jest nią przesiąknięty. Obrazki na ścianach pozwalają na fascynującą podróż w przeszłość, zdradzają niezwykłe historie.

Byłem ranny, miałem zginąć, ale żyję. Oni nie mogą mi tego zapomnieć. Gdyby mogli sprzątnęliby mnie na ulicy. Na szczęście, nie mogą

— mówi starszy Pan siedzący na krześle.

Pierwsze jego słowa pokazują ogrom fascynujących przeżyć i opowieści, jakie drzemią w mieszkaniu na warszawskim śródmieściu. W centrum swoistego wehikułu siedzi generał Janusz Brochwicz Lewiński, „Gryf”, człowiek legenda, który niemal całe życie spędził na walce, którego życie, jak sam mówi było cudem.

W czasie ataku na niemieckie pozycje zostałem ranny w szczękę, ona była zdruzgotana. Umierałem, leżałem na płycie cmentarnej. Byłem w niebie. Ale wróciłem… I żyję dalej…

— wspomina gen. Gryf moment, w którym Powstanie Warszawskie się dla niego skończyło.

Był 8 sierpnia, a oddział dowodzony przez Lewińskiego miał za sobą słynną akcję w Pałacyku Michla. Oddział bronił bohatersko budynku, choć kilkakrotnie atakowały go niemieckie wojska, wspierane przez artylerię i ciężki sprzęt.

Walczyłem m.in. z brygadą Dirlewangera, złożoną z morderców. Ci ludzie byli wypuszczani z więzień pod warunkiem, że będą się bili na śmierć i życie. To była dla nich jedyna droga do wolności. Drugą grupą, która im pomagała, była jedna z najlepiej wyćwiczonych dywizji pancerno-spadochronowych, nosząca imię Hermann Goering. Ona miała załogi wyćwiczone w walkach w Afryce, na południu Włoch. Załogi świetnie wyszkolone, miały pełno sprzętu i broni. Walczyłem z nimi, ale potem zostałem ranny przez strzelca wyborowego

— relacjonuje Gryf.

Powstanie dla Janusza Brochwicza Lewińskiego się skończyło, ale nie skończyła się walka. Najpierw musiał walczyć, by żyć.

W czasie wojny nie mogłem być operowany, nie było w czasie Powstania takich możliwości. Byłem zdany na łaskę losu. Przeżyłem 11 miesięcy bez operacji. Wiedziałem, że ona jest konieczna więc szukałem kogoś, kto mi będzie w stanie pomóc. Jedynym krajem, w którym mogłem uzyskać pomoc była Wielka Brytania. Dostałem się tam cudem, przez amerykański sztab generalny. Ułatwiono mi podróż do Wielkiej Brytanii

— opowiada żołnierz, zaznaczając, że na Wyspach miał również wiele problemów.

Nie mogłem się początkowo dostać do szpitala, bowiem byłem żołnierzem Armii Krajowej, która nie była oficjalnie uznawana za formację koalicji antyniemieckiej. Nie miałem prawa do świadczeń takich, jak kraje Zachodu. Generał Bór jednak pomógł mi i dostałem miejsce w szpitalu, a potem zrobiono mi w końcu operację. Trwała 7 godzin, a potem przez trzy tygodnie leżałem w ciemnej sali dochodząc powoli do siebie. W końcu wyleczyłem się, to był cud. To wydarzenie sprawiło, że mam do dziś sympatię dla Brytyjczyków. Oni mi życie uratowali

— przyznaje Gryf.

Po dojściu do pełni sił życie znów rzuciło Gryfa na wojenne szlaki. Wstąpił do wojska, tym razem Brytyjskiego. Najpierw pełnił służbę w słynnym Pułku Gwardii Królewskiej, Queen’s Own Hussars, by następnie trafić do wojskowego wywiadu.

W pewnym momencie pojawiła się komisja, która szukała ludzi zdolnych do służby w wywiadzie. Gdy oni usłyszeli, że posługuje się kilkoma językami, przyszli do mnie. I wzięli mnie do wywiadu. Zacząłem pracować na kierunku rosyjskim. Pracowałem z ludźmi uciekającymi z komunistycznych Niemiec na Zachód. Okazało się, że ich wiadomości były bardzo przydatne. Byli tacy, którzy pracowali dla Rosjan, znali okolice, infrastrukturę, topografię terenu itd. Te wiadomości pozwalały nam na pisanie wartościowych raportów, które trafiały ostatecznie do ministerstwa obrony narodowej. Pracowałem na tym odcinku przez długi czas, a potem skierowano mnie w końcu do okupowanych Niemiec

— relacjonuje swoją pracę dla wywiadu Brochwicz Lewiński.

Dodaje, że pracował w Berlinie, Hamburgu. Duuseldorfie, Monachium, by w końcu trafić w kolejne ciekawe regiony.

Potem był Bliski Wschód. Pracowałem w Tel Awiwie, Hajfie, byłem w Jerozolimie. To był okres, w którym podziemne organizacje przygotowywały się do ogłoszenia niepodległości Izraela. To był rok 1948. Działałem na tym kierunku. Jednak nie wszystkim się podobało… Napadnięto ma mnie kilkakrotnie, chciano mnie zabić, ale mi się udało. Mój dowódca musiał jednak uciekać do Kanady. Gorąco było do 1949 roku. Potem znów zmiana, pracowałem w Sudanie, Egipcie, Iraku. To był dla mnie trudny czas, ale miałem satysfakcję. Miałem świetne raporty, dobre oceny przełożonych, bardzo mnie szanowano

— przyznaje z satysfakcją Gryf.

Dodaje, że dla brytyjskiego wywiadu pracował w sumie 30 lat, a potem już poza czynną służbą kolejne 15 poświęcił się pracy jako dyrektor administracyjny w jednej z brytyjskich szkół dla dzieci wojskowych stacjonujących na terenie Niemiec. Tam generał Lewiński opiekował się szkołą, kadetami, uczniami. I znów przyznaje, że miał sporo satysfakcji z pracy z młodzieżą. Praca dla Gryfa musiała być czymś niezwykle ważnym, skoro pomimo „70” na karku, wciąż pracował dorywczo dla wywiadu amerykańskiego i brytyjskiego. Wraz z wiekiem jego aktywność coraz mocniej spadała.

Wraz z upływem czasu Gryf zaczął się zastanawiać co robić dalej.

Niestety do Polski nie mogłem wrócić. Byłem persona non grata, byłem nie chciany. Mój stryj, generał Antoni Bolesław Brochwicz był szefem sztabu u Andersa, miał złoty i srebrny krzyż Virtuti Militari. Mój drugi stryj, Zbigniew, był dowódcą 19. pułku ułanów i przyjaźnił się z Borem. Miałem oficerską rodzinę. W Polsce wiedzieli czym „pachnę”

— tłumaczy niechęć do swojej osoby Gryf.

Zaznacza, że sądził, że do końca swoich dni pozostanie już na Wyspach.

Sądziłem, że osiądę na stałe w Wielkiej Brytanii, kupię domek, będę miał małego pieska, kotka i będę na starość siedział na werandzie i palił cygara patrząc w niebo. Jednak skończyło się inaczej

— mówi z uśmiechem.

Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy Gryfem zainteresowała się polska ambasada.

Ambasada zwróciła na mnie uwagę, przygotowano film o mnie, rozpocząłem cykl wykładów, prezentacji, zrobiło się o mnie głośno. I zaczęły się prośby, bym wrócił do Polski i działał publicznie w kraju. Długo jednak się ociągałem

— wspomina generał.

Prawdziwym przełomem okazała się rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego.

Pojechałem na rocznicę wybuchu Powstania. Agnieszka Bogucka się mną zaopiekowała i doszło do tego, że zostałem. To było po 58 latach życia na obczyźnie. Obecnie jestem 13 lat w naszym kraju

— informuje Lewiński. Do kraju na dobre wrócił w 2002 roku.

58 lat na obczyźnie i ogromne doświadczenie związane z walką wywiadów dało jednak o sobie znać i pozostawiło skutki na długo.

Moje wszystkie kroki były obserwowane. Wiele razy próbowano mnie zabić, próbowano mnie przejechać samochodem, wcześniej kilkakrotnie zaatakowano mnie z bronią w ręku, na terenie Wielkiej Brytanii, Niemiec i Austrii, gdzie pracowałem. Wszędzie za mną posyłano agentów. W Polsce też mnie chcieli otruć… W mieszkaniu

— opowiada Gryf. Lewiński. Dodaje, że truciznę ukryto w czekoladkach, które ktoś mu przyniósł. Następną próbę podjęto w czasie jego wizyty w restauracji.

Dwa tygodnie zdychałem… Ludzie, którzy to zrobili byli blisko mnie, nie mogłem się bronić, ani donieść o tym na policję. To było straszne

— przyznaje generał.

I dodaje, że z racji swojej pracy dla Brytyjczyków stał się wrogiem w oczach Rosji.

Jakby mogli, to rąbnęliby mnie na ulicy. Jednak nie mogą, zbyt popularny się stałem. Oni nie mogą mi wciąż darować tego, że przeżyłem. Byłem dla nich niewygodny, byłem dla nich wrogiem śmiertelnym. Na mnie wydano wyrok. A jak na kogoś wydadzą wyrok, to znaczy, że on ma zginąć. Dziś, jutro, za dziesięć lat… w Honolulu czy południowej Afryce, czy na Biegunie Północnym. Nieważne. I tak było z mną

— wspomina, dodając, że jego wrogiem był Władimir Putin, który z ramienia KGB pracował długo w Niemczech.

To on stał za moimi problemami. Mściwy gość. Jakby oni mnie dostali w ręce to by ze mnie skórę zdarli. Ale nigdy się do nich nie zbliżałem

— zaznacza.

Opowieść generała Gryfa przerywa krótka dygresja historyczna. Generał chętnie odnosi się do pamiątek, jakie zdobią jego pokój. Widać w nim pamiątki i medale m.in. od polskich komandosów, z GROM i Lublińca, dyplomów, fotografii. Na jednej z nich generał Lewiński występuje jako młody harcerz, na innej widać marszałka Piłsudskiego.

Fot. wPolityce.pl
Fot. wPolityce.pl

Znałem marszałka, byłem u niego na urodzinach z harcerzami. Nawet bukiet kwiatów i harcerską pamiątkę mu wręczyłem w 1933 roku. Jeszcze żył… Znałem bardzo dobrze generała Bora Komorowskiego, Kopańskiego, admirała Unruga, znałem szereg innych generałów, z którymi później byłem w niewoli. Wśród nich byli wybitni żołnierze. Oni się mną opiekowali, dużo skorzystałem na ich pomocy. To był ciekawy czas. Gdy byłem kiedyś u Bora Komorowskiego i on zobaczył, z jakiej rodziny pochodzę i co robię, to odwołał spotkanie z gen. Andersem i ze mną rozmawiał dodatkową godzinę. Andersowi się to nie podobało, że jakiś tam porucznik siedzi z naczelnym wodzem, a on lata po korytarzu. Ale Bor mówił: „niech lata, my sobie będziemy pili kawę”. Siedziałem z nim i myślałem, co zrobiłby ze mną Anders, gdyby mógł… Pewnie by mnie pogonił

— rozpoczyna kolejną fazę wspomnień Gryf Lewiński.

I znów wracają emocje, wspomnienia i ciekawe opowieści. Lewiński wraca pamięcią do Powstania.

Powstanie było konieczne, była w nas chęć wolności. Myśmy dużo zrobili dla całej Europy, że ten zryw zorganizowaliśmy. On był prawie niemożliwy. Gdyby Powstania nie było, Rosjanie doszli by dalej, głębiej w Europę. Zatrzymaliśmy ich walką o Warszawę. To było decydującym momentem. Inaczej oni poszliby dalej na Zachód i wylądowaliby w Berlinie, który był zawsze lewicujący. A potem Rosjanie mieli plan iść z Niemiec do Włoch, Francji, Wielkiej Brytanii…

— tłumaczy geopolityczne aspekty Powstania Gryf.

I dodaje, że „jest entuzjastycznie nastawiony do walki, chęci pozbycia się kajdan, które były na Polaków pięć lat nałożone”. W jego ocenie krytyka należy się głównie Rosjanom, którzy pozwolili, by Warszawa została zniszczona, a Polacy wymordowani przez Niemców.

Nienawiść do Armii Krajowej widoczna była na każdym kroku. Oddziały partyzanckie na Lubelszczyźnie i Zamojszczyźnie, Podkarpaciu i Polesiu były łapane. Rosjanie mordowali ludzi bez pardonu. To były pierwsze sygnały, jak się będą układały stosunki Polaków z AK i ZSRS. Ludzie wpadali w ręce Sowietów i byli mordowani bez pytań. Żołnierze czasem byli selekcjonowani i trafiali do ludowego wojska. Jednak oficerowie byli albo mordowani, albo szli do obozów, z których się nie wraca…

— wskazuje Gryf.

I gorzko podsumowuje:

Brak amunicji, brak leków, nie było prądu, jedzenia. Miasto się paliło, a Powstanie zamiast trwać kilka dni, trwało 63 dni. To najdłuższa bitwa, jaka miała w ogóle miejsce.

Jednak Gryfowi bardzo daleko do tezy, że Powstanie było błędem, czy prezentem dla Stalina, co czasem można było usłyszeć w ostatnich latach.

Gryf jest zapiekłym przeciwnikiem książki Piotra Zychowicza

— włącza się w naszą rozmowę Agnieszka Bogucka, prawnik, która Gryfem opiekuje się od kilkunastu lat, która pomogła mu wrócić do kraju.

Agnieszka Bogucka, Fot. wPolityce.pl
Agnieszka Bogucka, Fot. wPolityce.pl

Generał bardzo ostro zaprotestował przeciwko publikacji Piotra Zychowicza. W imieniu Gryfa poszłam na pierwszą promocję książki „Obłęd 44” i rzuciłam tę książkę pod nogi autora. Gryf się tak oburzył, jak czytał te pseudohistoryczne rozprawy, nie poparte źródłami i dowodami, to mieszanie z błotem tych, którzy o Powstaniu decydowali. Zychowicz zresztą wykorzystał Gryfa w tej książce, bo był u niego i z nim rozmawiał. To bardzo Gryfa oburzyło. Opis Walk na Woli Zychowicz uznał za dowód, że Powstanie było nieprzygotowane. Takie stawianie sprawy to wielka nieodpowiedzialność. Niszczenie Powstania, które nas drogo kosztowało, nie może mieć miejsca

— tłumaczy Bogucka. I dodaje, że naszym obowiązkiem jest przypominać Europie, jak wiele zawdzięcza Powstańcom i Polakom.

Ofiara Powstania nie może być tak głupio marnowana. A dziś jest głupio marnowana. I musimy to zmienić. Inaczej będziemy zdrajcami tych ludzi

— dodaje Agnieszka Bogucka, wzywają Polaków do walki o rzetelną politykę historyczną.

Człowiekiem walki na pewno jest Gryf. A jego walka nie skończyła się wraz z przyjazdem do Ojczyzny. Sytuacja wymagała od Gryfa prowadzenia kolejnych bitew.

Nie zostałem przyjęty tak, jak powinienem być. Okazało się, że mam dużo wrogów, a powiew komunizmu, który odczułem w kraju, był zaskakująco silny. Polska była wolna, była samodzielnym krajem, nie podporządkowanym Rosji, ale dużo ludzi na wysokich stanowiskach wciąż tkwiła mentalnie w komunie. Wielu urzędników i ludzi władzy z PRL-u po Okrągłym Stole zatrzymało swoje majątki, zatrzymało wielkie renty i zaczęli podskakiwać na nowo. I to było widoczne. Największym błędem było dopuszczenie do tego, że Kiszczak i Jaruzelski zaczęli odgrywać dużą rolę w III RP. To się odbiło i miało swojej skutki w wielu obszarach życia w Polsce

— tłumaczy Gryf.

I zaznacza, że reliktem komunizmu okazał się także Urząd ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych.

Jan Turski, dyplomata z czasów komuny, został szefem tego Urzędu. Zablokowano mi możliwości rejestracji jako kombatanta, odrzucono moją prośbę o zadośćuczynienie za krzywdy doznane w czasie wojny. Przecież byłem inwalidą wojennym. Przez 58 lat nie otrzymałem żadnego świadczenia. Pierwsze świadczenia otrzymałem dopiero trzy lata po powrocie do kraju. Ani pomocy, ani uznania dla moich krzywd nie było. Gdybym nie znalazł pomocy Agnieszki Boguckiej, nie poradziłbym sobie

— opowiada o pierwszych trudnościach w Polsce Gryf. Dodaje, że wciąż słyszał złośliwe pytania i rady:

Od początku pytano mnie, po co tu przyjechałem, mówili, że przecież mam Anglię, słyszałem, żebym sobie szedł do królowej. Wykuć sobie warunki do egzystencji tutaj z niczego było tak trudno, że pomimo mojego doświadczenia, znajomości języków, czy wiedzy nie dałbym rady sam. Musiałem walczyć cały czas.

Walka Gryfa o normalne życie w Polsce nie była łatwa. Jednak polski bohater zaczął być zauważany coraz mocniej, a o jego historii mówiło się częściej.

W latach 2005-2008 w czasie rocznicy Powstania Warszawskiego, jak również w ważne daty historyczne telewizja pokazywała moje fotografie, pamiętniki i pamiątki. Gdy zginął Lech Kaczyński, a obecna władza zaczęła rządzić, sytuacja zmieniła się natychmiast

— wskazuje Gryf.

Pytany o tragicznie zmarłego Prezydenta RP Brochwicz Lewiński przyznaje, że z prof. Lechem Kaczyńskim się przyjaźnił.

To bardzo inteligentny człowiek, który umiał przewidzieć pewne fakty, bo był dobrym prawnikiem i dobrze wykształconym człowiekiem. On miał wielką miłość do kraju, był wierny Polsce. Wiedział, o co chodzi w polityce. On był bardzo niewygodny dla Rosjan ze swoją polityką wschodnią, m.in. wobec Gruzji, czy Armenii. Rosjanie widzieli w Kaczyńskim niebezpieczeństwo. To niebezpieczeństwo, to co robił przed śmiercią spowodowało, że Rosjanie go wyeliminowali

— opowiada Gryf.

I płynnie przechodzi do rozważań o tragedii smoleńskiej.

Nie wierzę w to, by Lech Kaczyński zginął naturalną śmiercią. Jestem pewny, że chodziło o pozbycie się głównej szpicy polskiej, która byłaby bardzo wartościowa w przyszłości. Jedyną możliwością było wysadzenie tego samolotu w powietrze. I on został wysadzony, on nie rozbił się na sośnie, gruszce, czy brzozie. On był wysadzony. Do dziś nie wiadomo, co działo się w czasie remontu w Samarze, w warsztatach człowieka powiązanego z Putinem. Sądzę, że zamach w Smoleńsku był z premedytacją zaplanowany

— tłumaczy, rzucając cień podejrzeń na Rosję.

To zostało tak przygotowane, by nikt nie przeżył. Niestety do dziś są trudności, by zbadać dokładnie co tam się stało. Świadków nie ma, Rosjanie zablokowali możliwość wyjaśnienia tej sprawy, zablokowano powołanie międzynarodowej komisji śledczej. I zamieciono tę sprawę pod dywan

— zaznacza generał.

Pytany o to, jak postrzega Rosję Gryf wraca do wojny z 1920 roku, agresji ZSRS, II RP i Katynia.

Zabili nam bardzo dzielnych synów ojczyzny, wymordowali jak bydło. Strzelali w łeb, wiązali ręce i wykańczali tych, którzy dla Rosji byli niebezpieczni. Gdy wojna się skończyła, nie doczekaliśmy się wolności, ale kolejnych dekad zniewolenia sowieckiego. Tak długo to trwało, że komuna weszła w naród. Nawet gdy komuna się niby skończyła, ona została w kraju, na stanowiskach zostali ci sami ludzie, mentalnie komuna okazała się silniejsza niż sądzono. Z komuny niestety stworzyła się polska arystokracja. Ta prawdziwa elita została zamordowana, bo to byli wrogowie komuny. Zginęli zwykli ludzie, niemal cała inteligencja. Ze Wschodu na ich miejsce przyszli głównie prymitywni ludzie, którzy zostali awansowani ze środowiska robotniczego na wysokie stanowiska. I zaczęli dominować, stworzyli klasę arystokracji, czy oligarchii. Oni mieli dobre warunki życia, gdy reszta zdychała z głodu. To trwało aż do 1989 roku. A i wtedy nic się nie zmieniło. To samo towarzystwo, jak się okazuje siedzi na najważniejszych stanowiskach do dziś. I pomimo wolności, żyjemy jak pod jakąś chmurą, której nie sposób się pozbyć

— tłumaczy.

Fot. wPolityce.pl
Fot. wPolityce.pl

Z wojny wyszliśmy bez elit. Za czasów rządów Buzka pracowałam w jego gabinecie politycznym przy programie katyńskim w 60.rocznicę zbrodni. Gdy zaczęłam się w to wgryzać, włosy jeżyły się na głowie. Okazywało się, że nasza elita została wybita w pień. Przynajmniej 22 tys. Polaków o najwyższym cenzusie zginęło w zbrodni katyńskiej, kolejnych 28 tysięcy tego rodzaju Polaków zamordowano w Mathausen. To już daje 50 tys. przedstawicieli elity. A to dopiero początek, hekatomba duchowieństwa polskiego w Dachau. Nie mamy elit, nie mamy ludzi, których format pretenduje do objęcia najważniejszych funkcji w państwie. To musimy wciąż odbudowywać

— włącza się kolejny raz Agnieszka Bogucka.

I dodaje, że w jej ocenie „jedyną naszą szansą Polaków jest odejście od politycznej poprawności”.

Trzeba z tym skończyć. Jeśli chcemy Kościoła w życiu publicznym, jeśli chcemy zasad chrześcijańskich w życiu publicznym, to mówmy o tym, walczmy o to. Polakami jesteśmy wtedy, gdy jesteśmy chrześcijanami. Musimy bronić wartości. Gdy tego nie obronimy, leżymy tak samo, jak wszystkie państwa europejskie. Wchodzą do Europy różni ekstremiści i rozwalają kraje, społeczeństwa. Dlaczego tak robią? Bo te kraje odeszły od wartości. Zachód, jego wyuzdanie, odejście od zasad sprowokował takie zjawiska i ruchy jak Państwo Islamskie. Zachód przestał uznawać jakiekolwiek świętości

— podkreśla Bogucka. I dodaje, że cieszy się z tego, że prezydent elekt Andrzej Duda tak chętnie prezentuje się jako człowiek wierzący.

Czyni to wręcz demonstracyjnie. To jest właśnie ta droga, którą Polska i Polacy powinni iść. Polacy albo obronią wartości, albo nie będzie nas wcale. To mówił Prymas Hlond, czy Jan Paweł II. I słynne „non possumus” Prymasa Tysiąclecia. Dlaczego mamy mieć państwo świeckie, jeśli jesteśmy ludźmi wierzącymi? Dlaczego nie możemy żyć po swojemu? Powinniśmy przestać się bać żyć na własnych zasadach. Musimy stanąć bardzo mocno w obronie naszych narodowych wartości. Gdyby wypruć z nas chrześcijaństwo nic nie zostanie

— przestrzega.

Oboje mają wiele krytycznych uwag wobec polskiego państwa. Bogucka przyznaje, że rządzący dziś Polską nie dbają o interesy obywateli, zaś kraj jest wystawiony na pastwę silnych grup wpływu.

Biedni ludzie i emeryci żyją w nędzy, nie mogą wyjść z długów. Pożyczają pieniądze na leki i nie mogą spłacić. Ludzie nie mają na leki, na mieszkanie, na rachunki. Nie mają na dzieci. Oni często nie żyją, ale wegetują. Dlaczego tak to wygląda? Dlaczego inni ludzie robią miliony i żyją jak królowie? Rząd sprzyja rozwarstwieniu społeczeństwa. Mała grupa zarabia ogromne pieniądze, a reszta zdycha z głodu. To jest niestety nasza Polska. Jednak tego nie można mówić publicznie, to temat tabu. W 2002 roku pisałem, że boli mnie, że żyję w kraju, który jest wolny, ale naprawdę pozostał zniewolony. Pisałem, że czekam aż Polska będzie Polską, ponieważ nasz kraj nie jest taki, jak bym chciał, żeby był. Mi się to nie podoba

— mówi zasmucony Gryf.

I dodaje:

Kiszczakowi płacą wiele tysięcy złotych co miesiąc za to, że mordował Polaków. Jaruzelskiemu też płacili. Mają wille, dacze, majątki, posiadłości. I status społeczny. A inni ludzie nie mają nic, nawet zasłużeni w walce o wolność Polski.

Brochwicz Lewiński wskazuje i na kolejny problem, ucieczki ludzi młodych z kraju.

Setki tysięcy młodych opuściło kraj. Wyjeżdżają pojedyncze osoby, całe rodziny, by zarobić parę groszy, by odłożyć na mieszkanie. I tam mają szanse na normalne życie, często kupują mieszkanie i zostają. Dla wielu Polaków to jest możliwe jedynie za granicą. Tu dużo ludzi nie może nawet jechać na urlop, bo nie ma za co. To jest przykre. Ludzie nie mogą wyżyć w Polsce. Ludzie nie mają co jeść, nie mogą kupić biletów, więc muszą ganiać na piechotę czy jeździć rowerem. Niestety tak często wygląda nasza ojczyzna

— przyznaje Gryf.

 

Agnieszka Bogucka, która przez lata zajmowała się m.in. Polonią i Polakami poza granicami kraju, wskazuje, że polska emigracja na obczyźnie często jest traktowana jako grupa ludzi trzeciej kategorii.

Ludzie na emigracji zmagają się z bardzo złym traktowaniem, często są dyskryminowani. To, co się dzieje z Polakami na Wyspach czy w Niemczech, woła o pomstę do nieba. Gryf też tego doświadczył. Pracował wiele lat w Niemczech i opłacał tam składki na ubezpieczenie społeczne. A gdy się przeniósł do Polski, wyrzucili go. Odmówili mu świadczenia. I kazali odesłać kartę identyfikacyjną… Tak właśnie traktuje się Polaków na emigracji. Ludzie są rzucani na głęboką wodę. Spotykają ich tragedie. Zajmuję się Polakami żyjącymi poza granicami kraju od lat, wiele widziałam.

— tłumaczy.

Swoją przygodę z emigracją Bogucka rozpoczęła w latach 90. Dziś z goryczą opowiada, jak III RP zmarnowała potencjał, jaki drzemał w Polonii na całym świecie.

Ludzie w latach 90. prosili i apelowali, byśmy w Polsce zrobili coś, by im pomóc wrócić. Chodziło choćby o ustawę, dzięki której ludzie żyjący poza Polską wracając, unikaliby podwójnego opodatkowania. Polacy chcieli wracać, przenosić tu swoje firmy, osiąść w kraju. Jednak byli wypychani. W krajach osiedlenia oni byli na szczycie, mieli pozycję, sukcesy zawodowe itd. Jednak politycy w kraju zbudowali im mur. To był dla mnie najlepszy dowód, że Polska nie jest polska

— zaznacza. I opowiada o problemach jednego z polskich przedsiębiorców.

Pamiętam człowieka z Montrealu, który w 1990 roku chciał sprowadzić firmę budowlaną do Polski, chciał wybudować domy opieki dla starszych ludzi. Miał już plany, miał kolejki chętnych do powrotu. Jeździł przez rok szukając działki czy kamienicy, a gdy znajdował, natychmiast napotykał na szantaż korupcyjny ze strony urzędników. To nie mieściło mu się w głowie, że tak się można zachowywać. Po roku starań zobaczył, że nic nie ugra i dał za wygraną. Gdyby Polonii pozwolono wrócić do Polski na początku lat 90., wszystko wywróciliby oni do górny nogami. W tamtym czasie byli jeszcze stosunkowo młodzi, w sile wieku. Po wojnie na emigracji zostały 2 miliony ludzi. Co by się działo, gdyby wrócili do kraju? Jak wiele by się tu zmieniło? Niestety nie dano im szansy. Komuś na tym zależało. Widziałam to na własne oczy

— tłumaczy Bogucka.

Dziś można sądzić, że Polonii nie pozwolono wrócić właśnie dlatego, że wywróciłaby ona III RP do góry nogami. Niestety III RP pozostała tak, jak ją zaplanowano, pozostała krajem, w którym Polakom, polskim bohaterom bynajmniej nie żyje się tak jak powinno w polskim wolnym i demokratycznym państwie. Jak widać na takie państwo wciąż musimy czekać. Opowieści Agnieszki Boguckiej i generała Brochwicz Lewińskiego, polskiego bohatera narodowego, żyjącego dziś na uboczu rzeczywistości pokazuje to dobitnie. Gryf wciąż czeka na należne mu miejsce. I nie on jeden…

ZOBACZ ZDJĘCIA Z WIZYTY U „GRYFA

 

, , ,