za: http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=16067&Itemid=80
Z książki C.S. Lewisa „Problem cierpienia”.

Posłuszeństwo jest właściwym stanem rozumnej duszy.
Montaigne Próby, II, XII.
[Rozważmy chrześcijańską odpowiedź na doktrynę o upadku człowieka].
Według tej doktryny człowiek wzbudza dziś odrazę w Bogu i w sobie samym. jest też stworzeniem źle dostosowanym do wszechświata, nie dlatego, że takim stworzył go Bóg, ale dlatego, że sam siebie takim uczynił, nadużywając swej wolnej woli. W moim pojęciu na tym polega cała funkcja tej doktryny. Ma ona nas strzec przed dwiema niechrześcijańskimi teoriami na temat początków zła – monizmem. według którego sam Bóg, będąc „ponad dobrem i złem„, wytwarza zarówno jedno jak i drugie, oraz dualizmem, zgodnie z którym Bóg wytwarza dobro. podczas gdy jakaś równa Jemu i niezależna siła wytwarza zło.
Wbrew obu tym poglądom chrześcijaństwo twierdzi, że Bóg jest dobry, że stworzył tylko dobre rzeczy i po to, by były dobre; i że jedna z dobrych rzeczy, które stworzył, a mianowicie wolna wola stworzeń rozumnych, z samej swej natury zawiera w sobie możliwość zła, i że stworzenia, czyniąc z niej niewłaściwy użytek, stały się złe. Funkcję tę – jedyną. jaką przyznaję doktrynie o upadku człowieka – należy odróżniać od dwóch innych, które niekiedy ukazuje się jako obowiązujące, a które ja jednak odrzucam.
Po pierwsze, nie sądzę, by doktryna przynosiła odpowiedź na pytanie: „Czy lepiej było dla Boga stwarzać niż nie stwarzać?” Jest to pytanie, które już odrzuciłem. Ponieważ uważam, że Bóg jest dobry, jestem pewien, iż – jeżeli to pytanie ma w ogóle jakiś sens – odpowiedź musi brzmieć „Tak”. Wątpię jednak, czy ma ono jakiekolwiek znaczenie; a nawet gdyby tak było, pewien jestem, że odpowiedzi nie można by udzielić za pomocą sądów wartościujących, które ludzie potrafią wydawać. Po drugie, nie sądzę, by doktrynę o upadku człowieka można było wykorzystać do wykazania, iż jest „sprawiedliwa” w znaczeniu sprawiedliwości karzącej, aby karać jednostki za winy ich odległych przodków. Wydaje się, że w niektórych postaciach tej doktryny tkwi ów element; nie sądzę jednak, by którakolwiek z nich – tak jak rozumiejące ich eksponenci – rzeczywiście to oznaczała. Ojcowie Kościoła mogli niekiedy twierdzić, że jesteśmy karani za grzech Adama; dużo częściej jednak piszą, że to m y zgrzeszyliśmy „w Adamie”. Być może nie da się stwierdzić, co mieli na myśli; możemy też dojść do wniosku, że się mylili. Nie sądzę jednak, byśmy mogli skwitować ich sposób wyrażania się jako po prostu ,,idiom”. Mądrze czy głupio, ale wierzyli, że my r z e c z y w i ś c i e – a nie jedynie w wyniku fikcji prawnej – jesteśmy włączeni w działanie Adama. Próba artykułowania tego przekonania za pomocą słów, że jesteśmy „w” Adamie w sensie fizycznym – Adam jest pierwszym przekazicielem „nieśmiertelnego zarodka protoplazmy” – może być nie do przyjęcia; oczywiście można by sobie zadać pytanie, czy to przekonanie jest błędne, czy też jest to wgląd w duchową rzeczywistość, przekraczający możliwości naszego rozumienia. Na razie jednak pytanie to się nie pojawi, ponieważ, jak już wspomniałem, nie zamierzam spierać się o to, czy odziedziczenie przez człowieka współczesnego niezdolności, jakich nabawili się jego odlegli przodkowie, jest przykładem karzącej sprawiedliwości. Dla mnie jest to raczej przykład owych rzeczy niezbędnie powiązanych ze stwarzaniem stałego świata, o jakich była mowa w rozdziale 2.
Niewątpliwie dla Boga byłoby możliwe cudowne usunięcie konsekwencji pierwszego grzechu popełnionego przez człowieka; nie byłoby to jednak wskazane, jeżeli nie byłby On gotów przekreślić konsekwencji drugiego grzechu, trzeciego i tak dalej aż do końca. Gdyby cuda przestały się dziać, wówczas prędzej czy później znaleźlibyśmy się w naszej pożałowania godnej sytuacji; gdyby trwały nadal, wtedy świat, nieustannie podpierany i poprawiany dzięki Bożej ingerencji, byłby światem, w którym nic ważnego nie zależałoby od ludzkiego wyboru i w którym tenże wybór wkrótce przestałby być aktualny, istniałaby bowiem pewność, że jedna z dwóch oczywistych alternatyw rysujących się przed człowiekiem nie prowadziłaby do niczego; dlatego też tak naprawdę nie byłoby w ogóle żadnej alternatywy. Jak już była o tym mowa, wolność szachisty w grze w szachy zależy od niezmienności pól na szachownicy i jego ruchów.
Wyodrębniwszy to, co uważam za prawdziwą doniosłość doktryny o upadku człowieka, chciałbym zastanowić się teraz nad sarną doktryną. Opowieść w Księdze Rodzaju jest opowieścią (pełną najgłębszych myśli) o cudownym jabłku poznania dobra i zła; w rozwiniętej doktrynie owa magia jabłka całkowicie znikła z pola widzenia, a opowieść jest po prostu opowieścią o nieposłuszeństwie. Żywię naj głębszy szacunek wobec mitów pogańskich, a tym bardziej wobec mitów w Piśmie.
Dlatego nie wątpię, iż wersja uwypuklająca magiczne jabłko oraz łącząca ze sobą drzewo życia i drzewo poznania dobra i zła jest głębsza i subtelniejsza niż wersja, która czyni z jabłka wyłącznie rękojmię posłuszeństwa. Przypuszczam jednak, że Duch Święty nie pozwoliłby, aby ta druga wyrosła w kościele i zyskała akceptację wielkich Doktorów Kościoła, gdyby również nie była prawdziwa i użyteczna. Właśnie tę wersję mam zamiar omówić, ponieważ – aczkolwiek uważam, iż pierwotna jest dużo bardziej głęboka – wiem, iż w żadnym wypadku nie mogę przeniknąć tej głębi. Mam do zaoferowania swym czytelnikom nie to, co jest absolutnie najlepsze, lecz to najlepsze, czym dysponuję.
Tak więc w rozwiniętej już doktrynie twierdzi się, że Człowiek, tak jak stworzył go Bóg, był absolutnie dobry i absolutnie szczęśliwy, ale okazał nieposłuszeństwo Bogu i stało się to, czego obecnie jesteśmy świadkami.
Wielu ludzi sądzi, że współczesna nauka wykazała fałszywość takiego twierdzenia. „Wiemy dziś – mówi się że ludzie bynajmniej nie wyszli z pierwotnego stanu cnoty i szczęśliwości, lecz powoli wychodzili z brutalności i dzikości”. Wydaje mi się to całkowitym pomieszaniem. Określenia „brutalny” i „dziki” należą do tego nieszczęsnego zestawu słów, których niekiedy używa się retorycznie jako pretekstów, a czasem naukowo. jako terminów opisowych; a pseudonaukowa argumentacja przeciwko doktrynie o upadku człowieka jest wynikiem pomieszania obu tych znaczeń. Jeżeli ktoś, mówiąc, iż człowiek wyrósł z brutalności, ma na myśli po prostu to, że człowiek w sensie fizycznym pochodzi od zwierząt, nie zgłaszam zastrzeżeń.
Nie wynika jednak z tego, że im dalej będziemy się cofać, tym bardziej „brutalny” – w sensie „niegodziwy” lub „nikczemny” – okaże się człowiek. Żadne zwierzę nie ma cnót moralnych; nie jest jednak prawdą, że każde zachowanie się zwierzęcia można nazwać „nikczemnym”, jak gdyby dotyczyło ono ludzi. Wprost przeciwnie, nie wszystkie zwierzęta traktują inne okazy ze swego gatunku tak źle, jak ludzie traktują ludzi. Nie wszystkie są tak żarłoczne i lubieżne jak my; żadne zwierzę nie jest też tak zaborcze jak człowiek. Można również powiedzieć, że ludzie pierwotni byli „dzicy”, mając na myśli to, iż przedmioty przez nich wytworzone były toporne i nieliczne, jak współczesnych „dzikich”; jeżeli jednak twierdzi się, że byli „dzicy” w tym sensie, że byli lubieżni, nieokrzesani, okrutni i zdradzieccy, wykracza się poza podstawę źródłową i to z dwóch powodów. Po pierwsze, współcześni antropologowie i misjonarze są mniej skłonni niż ich przodkowie opowiadać się za owym niekorzystnym obrazem, nawet w odniesieniu do żyjących dziś dzikich plemion. Po drugie, nie można wnioskować na podstawie przedmiotów wytworzonych przez pierwszych ludzi, że pod każdym względem byli podobni do swych współczesnych odpowiedników.
Musimy wystrzegać się złudzeń, które jak gdyby w sposób naturalny wynikają z badań nad człowiekiem prehistorycznym. Właśnie ze względu na to, iż jest on człowiekiem prehistorycznym, znany jest nam tylko z wytworzonych przez siebie rzeczy materialnych – ściśle mówiąc, na zasadzie przypadkowej selekcji tych, które okazały się bardziej trwałe. Nie jest winą archeologów to, że brak lepszych dowodów; ale ta sytuacja stwarza stałą pokusę, by wyciągać więcej wniosków, niż mamy do tego prawo, zakładać, że społeczność, której wyroby były doskonalsze, przewyższała inne pod każdym innym względem. Fałszywość takiego założenia jest oczywista; prowadziłoby ono bowiem do wniosku, że współczesne nam klasy nie pracujące pod wszystkimi względami przewyższają takież grupy społeczne epoki wiktoriańskiej. A przecież ludzie prehistoryczni, których wyroby gliniane są najgorsze, mogli mieć najlepszą poezję, o czym się nigdy nie dowiemy.
A założenie to staje się jeszcze bardziej absurdalne, gdy porównujemy ludzi prehistorycznych ze współczesnymi nam dzikimi plemionami. Podobieństwa co do surowości wyrobów nie mówią w tym przypadku nic o inteligencji czy cnotach wytwórców. To, czego człowiek się uczy metodą prób i błędów, musi być na początku surowe, niezależnie od charakteru wykonawcy. To samo naczynie gliniane, które świadczyłoby o geniuszu wykonawcy, gdyby było pierwszym naczyniem glinianym wykonanym na świecie, zostałoby uznane za produkt nieuka, gdyby wykonano je po tysiącleciach garncarstwa. Cała współczesna ocena ludzi pierwotnych opiera się na bałwochwalczym kulcie ich wyrobów, co jest zbiorowym grzechem naszej cywilizacji. Zapominamy o tym, że dziełem naszych prehistorycznych przodków są wszystkie pożyteczne odkrycia – oprócz chloroformu.
Zawdzięczamy im język, rodzinę, ubranie, korzystanie z ognia, udomowienie zwierząt, koło, statek, poezję i rolnictwo.
Tak więc nauka nie ma nic do powiedzenia na temat doktryny o upadku człowieka. Bardziej filozoficzną trudność podniósł pewien współczesny teolog, któremu wszyscy badacze tego problemu zawdzięczają najwięcej l, Autor ten wskazuje na to, że koncepcja grzechu zakłada istnienie prawa, przeciwko któremu się grzeszy; a ponieważ musiały minąć całe wieki, zanim „instynkt stada” wykrystalizował się w obyczaj, zaś obyczaj okrzepł i przekształcił się w prawo, pierwszy człowiek – o ile w ogóle istnieje stworzenie, które można by tak określić – nie mógł popełnić pierwszego grzechu. Argumentacja ta zakłada, iż istnieje powszechna zbieżność pomiędzy cnotą a instynktem stada i że pierwszy grzech był w zasadzie grzechem s p o ł e c z n y m. Ale tradycyjna doktryna wskazuje na grzech przeciwko Bogu, akt nieposłuszeństwa, a nie na grzech przeciwko bliźniemu. Na pewno jeżeli mamy utrzymać doktrynę o upadku człowieka w jej rzeczywistym znaczeniu, musimy doszukiwać się wielkiego grzechu na głębszym i bardziej ponadczasowym poziomie niż poziom społecznej moralności.
Grzech ten opisuje św. Augustyn jako rezultat dumy, ruchu, za pośrednictwem którego człowiek (to znaczy istota zależna, której zasada istnienia tkwi nie w niej samej, lecz w innej) stara się usamodzielnić, istnieć dla siebie, Taki grzech nie wymaga złożonej sytuacji społecznej, rozwiniętego doświadczenia czy wielkiego rozwoju intelektualnego. Od momentu gdy stworzenie zyskuje świadomość Boga jako Boga i siebie samego jako siebie, otwiera sięprzed nim straszliwa alternatywa wyboru między sobą a Bogiem. Grzech ten popełniany jest codziennie przez małe dzieci i nieuczonych wieśniaków w takim samym stopniu jak przez ludzi wykształconych, przez samotników nie mniej niż przez tych, którzy żyją w społeczności: jest to upadek, dokonujący się w każdym indywidualnym życiu i w każdym dniu tego życia, grzech podstawowy znajdujący się u podłoża wszystkich grzechów szczegółowych; w tej chwili zarówno ty, jak ija albo popełniamy go, albo mamy zamiar popełnić, albo za niego żałujemy. Kiedy się budzimy, staramy się złożyć ten nowy dzień u stóp Boga; zanim skończyliśmy się golić, stał się on n a s z y m dniem, a udział Boga w nim odczuwany jest jako trybut, za który musimy zapłacić „z własnej kieszeni”, potrącona kwota od czasu, który naszym zdaniem powinien być „nasz własny”.
Człowiek rozpoczyna nową pracę ze świadomością powołania i być może przez pierwszy tydzień stale uważa realizację tego powołania za swój cel, przyjmując z Bożej ręki przyjemności i cierpienia, kiedy się pojawiają, jako „przypadki”. Ale na początku drugiego tygodnia zaczyna się „orientować”; w trzecim wyłuskuje z całej pracy i w jej ramach swój własny plan; i kiedy może go realizować, widzi, że nie zyskał nic więcej ponad swe prawa, a kiedy nie może, dochodzi do wniosku, że mu się przeszkadza. Kochanek, posłuszny nieobliczalnemu impulsowi – który może być zarówno pełen dobrej woli, jak i pożądania, i nie musi prowadzić do zapomnienia o Bogu – obejmuje swą ukochaną i następnie, najzupełniej niewinnie, przeżywa dreszcz seksualnej rozkoszy; drugi uścisk może mieć już na względzie ową rozkosz, może być środkiem prowadzącym do celu, pierwszym krokiem w dół, ku stanowi, w którym uważamy bliźniego za rzecz, za mechanizm, jakiego należy używać dla swej przyjemności. W ten sposób kwiat niewinności, element posłuszeństwa i gotowości przyjmowania wszystkiego, co się pojawia, zostaje usunięty z wszelkiej aktywności.
Myśli podejmowane ze względu na Boga – jak te, na których skupiamy się w danej chwili – są kontynuowane, jak gdyby były celem samym w sobie, następnie, jak gdyby celem była nasza przyjemność myślenia. a w końcu, jak gdyby naszym celem była nasza duma lub sława. Tak więc przez cały dzień, przez wszystkie dni naszego życia ześlizgujemy się, zsuwamy. odpadamy – jak gdyby Bóg w naszej aktualnej świadomości był gładką. pochyłą równiną, na której nie można się utrzymać. I rzeczywiście mamy dziś taką naturę, że musimy się ześlizgiwać. a grzech, jako nieunikniony , może być powszedni. Jest wszakże niemożliwe. by Bóg stworzył nas takimi. Ciążenie odśrodkowe od Boga, „powrotna podróż do swego powszedniego «ja»”, musi być – jak sądzimy – skutkiem upadku człowieka. Nie wiemy, co dokładnie się stało, gdy upadek ten nastąpił; jeżeli wolno się jednak domyślać, proponuję następujący obraz – pewien mit w sensie sokratycznym, opowieść o cechach prawdopodobieństwa.
Przez długie wieki Bóg doskonalił zwierzęcą istotę, która miała stać się przekazicielem człowieczeństwa i obrazem Jego samego. Obdarzył ją rękami, u których kciuk mógł współpracować z każdym z palców, szczękami, zębami oraz krtanią zdolną do artykulacji dźwięków, a także mózgiem wystarczająco złożonym, by mógł realizować wszelkie materialne inicjatywy, będące przejawem myśli racjonalnej. Istota ta mogła istnieć w tym stanie przez całe wieki, zanim stała się człowiekiem; mogła być nawet dostatecznie zdolna, by wyrabiać przedmioty, które współczesny archeolog gotów jest uznać za dowód jej człowieczeństwa. Była ona jednak tylko zwierzęciem, ponieważ wszystkie jej fizyczne i psychiczne procesy ukierunkowane były na cele czysto materialne i naturalne. Następnie, w pełni czasu, Bóg obdarzył ów organizm – zarówno w sferze psychologii, jak fizjologii – nowym rodzajem świadomości, dzięki której istota ta mogła powiedzieć „ja” i „mnie”, potrafiła spojrzeć na siebie jak na obiekt, znała Boga, była zdolna wydać osąd na temat prawdy, piękna oraz dobra i do tego stopnia umiała wznieść się ponad swój czas, że mogła dostrzec jego upływ. Ta nowa świadomość rządziła całym organizmem i oświecała go, napełniając każdą jego cząstkę światłem, i nie była, tak jak nasza, ograniczona do wyboru ruchów, zachodzących tylko w jednej części organizmu, a mianowicie w mózgu. Wówczas cały człowiek był świadomością. Współcześni wyznawcy jogi twierdzą – zgodnie z prawdą czy nie – że sprawują kontrolę nad wszystkimi tymi funkcjami, które według nas są niemal od nas niezależne, jak trawienie i obieg krwi. Władzę tę pierwszy człowiek posiadał w obfitości. Jego procesy organiczne słuchały prawa jego własnej woli, a nie prawa natury. Jego organy wysyłały bodźce pożądania do centrum osądu i woli nie dlatego, że musiały, lecz dlatego, że on tego chciał. Sen oznaczał dla niego nie odrętwienie, w które my popadamy, lecz chciany i świadomy odpoczynek – czuwał, by zażywać później przyjemności i spełniać obowiązek snu. Ponieważ procesy rozkładu i odbudowy jego tkanek przebiegały równie świadomie i były posłuszne jego woli, można z powodzeniem zakładać, że mógł także decydować o długości swego życia. Panując całkowicie nad sobą, podporządkował sobie zarazem wszystkie niższe formy życia, z którymi się zetknął. Nawet dziś spotykamy się z rzadkimi przypadkami ludzi, posiadających tajemną moc oswajania dzikich zwierząt. Przebywający w raju człowiek korzystał z tej władzy w obfitości.
Dawne wyobrażenia na temat dzikich zwierząt igrających przed Adamem i łaszących się do niego mogą nie być jedynie symboliczne. Także i dziś więcej zwierząt, niż można by się spodziewać, gotowych jest uwielbiać człowieka, jeżeli dostarczy się im do tego odpowiedniej sposobności; człowiek stworzony został bowiem po to, by być kapłanem, a nawet w pewnym sensie Chrystusem zwierząt – pośrednikiem, dzięki któremu pojmują one o tyle Bożą wspaniałość, o ile pozwala im na to ich nierozumna natura. A Bóg nie był dla takiego człowieka śliską pochyłą równiną. Nowa świadomość została stworzona po to, by mogła opierać się na swym Stwórcy, i tak się też stało. Niezależnie od tego, jak bogate i zróżnicowane były doświadczenia człowieka z innymi ludźmi (czy z drugim człowiekiem), jeśli chodzi o miłosierdzie, przyjaźń czy miłość seksualną, a także z dzikimi zwierzętami, z otaczającym go światem, zrazu uważanym za piękny i straszny zarazem, Bóg pojawił się jako pierwszy w swej miłości i swych myślach, bez żadnych bolesnych prób. W doskonałym ruchu cyklicznym, bytowa- niu, władza i radość zstąpiły od Boga do człowieka w postaci daru
i powróciły od człowieka do Boga w formie miłości opartej na posłuszeństwie i pełnym zachwytu uwielbieniu; w tym też sensie, choć nie we wszystkim, człowiek był wówczas prawdziwym synem Bożym, prototypem Chrystusa, w sposób doskonały korzystającym w radości i całkowitej swobodzie ze wszystkich zdolności i wszystkich zmysłów owego synowskiego samooddania się, które nasz Pan powtórzył w agonii na krzyżu.
Sądząc na podstawie wytworów, a nawet języka, owo błogosławione stworzenie było niewątpliwie istotą dziką. Człowiek musiał się jeszcze wiele nauczyć, jeśli chodzi o doświadczenie i praktykę życiową. Gdy obciosywał kamienie, niewątpliwie robił to bardzo niezręcznie. Mógł też być całkowicie niezdolny do wyrażenia w formie pojęć swych przeżyć z raju. Wszystko to jednak nie ma tu żadnego znaczenia. Z własnego dzieciństwa pamiętamy, że jeszcze zanim dorośli uznali, iż jesteśmy zdolni cokolwiek „zrozumieć”, mieliśmy już pewne duchowe doświadczenia, tak czyste i tak wzniosłe, jak żadne z doznanych później, choć oczywiście nie tak bogate, jeśli chodzi o kontekst faktograficzny. Sama religia chrześcijańska uczy nas, że istnieje pewien poziom – na dłuższą metę jedyny naprawdę ważny – powyżej którego człowiek uczony i dorosły nie ma w ogóle żadnej przewagi nad człowiekiem prostym i nad dzieckiem. Jestem pewien, że gdyby rajski człowiek mógł pojawić się wśród nas, uznalibyśmy go za istotę całkowicie dziką, którą należy wykorzystywać, a w najlepszym razie się nią opiekować. Tylko nieliczni, najświętsi spośród nas, spojrzeliby jeszcze raz na nagie, owłosione i powoli mówiące stworzenie, ale po chwili upadliby mu do stóp.
Nie wiemy, ile takich stworzeń Bóg powołał do życia, ani jak długo przebywały one w raju. Ale wcześniej czy później nastąpił upadek. Ktoś czy coś podszepnęło im, że mogą stać się jako bogowie – że mogą przestać ukierunkowywać swe życie na swego Stwórcę i traktować swe wszystkie radości jako nie objęte przymierzem dobrodziejstwa, jako „przypadki” (w sensie logicznym), które pojawiły się w okresie życia ukierunkowanego nie na owe przyjemności, lecz na wielbienie Boga. Podobnie jak młody człowiek domaga się od ojca regularnie wypłacanego kieszonkowego, na które może liczyć jako na własny fundusz i w ramach którego może sobie coś planować (słusznie, ponieważ jego ojciec jest mimo wszystko jego bliźnim), tak też i oni pragnęli się usamodzielnić, zatroszczyć się o własną przyszłość, planować swe przyjemności i swe bezpieczeństwo, posiadać swoje meum, z którego niewątpliwie płaciliby Bogu należny Mu trybut w formie poświęconego Mu czasu, troski i miłości, a które to meum mimo to byłoby ich, a nie Jego. Chcieli, jak byśmy powiedzieli, „uważać swe dusze za własne”. Oznaczało to jednak życie w kłamstwie, ponieważ nasze dusze nie są w istocie rzeczy naszą własnością. Chcieli mieć własny zakątek we wszechświecie, z którego mogliby powiedzieć do Boga: „To jest nasza sprawa, nie Twoja”. Nie istnieje jednak żaden taki zakątek. Chcieli być rzeczownikami, ale byli – i muszą być wiecznie tylko przymiotnikami. Nie mamy pojęcia, w form jakiego poszczególnego aktu czy szeregu aktów to sprzeczne w sobie i niemożliwe życzenie zostało wyrażone. Mimo wszystkiego, co można by na ten temat powiedzieć, mogło tu wchodzić w grę dosłowne spożycie zakazanego owocu. Pytanie to pozbawione jest jednak konsekwencji.
Ten akt samowoli ze strony stworzenia, wprowadzający całkowity fałsz do jego prawdziwej sytuacji istoty stworzonej, jest jedynym grzechem, który można traktować jako upadek człowieka. Trudność związana z pierwszym grzechem polega na tym, że musiał on być wyjątkowo ohydny, inaczej jego konsekwencje nie byłyby tak straszne, a jednak musiało to być coś, co istota wolna od pokus upadłego człowieka mogła popełnić. Odwrócenie się od Boga ku sobie spełnia oba warunki. Jest to grzech możliwy nawet dla człowieka z raju, ponieważ samo istnienie własnego ,ja” – sam fakt, że mówimy „mnie” – zawiera w sobie od samego początku niebezpieczeństwo samouwielbienia. Skoro ,ja” jestem ,ja”, muszę dokonać aktu samopoddania się – choć niewielkiego i łatwego – żyjąc raczej dla Boga niż dla siebie. Jest to, można by powiedzieć, „słabe miejsce” w samej naturze stworzenia, ryzyko, jakie Bóg najwyraźniej uznał za warte podejmowania. Grzech ten jednak był rzeczywiście ohydny, ponieważ w tym ,ja”, które człowiek z raju miał podporządkować Bogu, nie było naturalnego oporu przed takim poddaniem się. Jego d a n y m i – żeby tak. to wyrazić – był psychofizyczny organizm, całkowicie podporządkowany jego woli, i wola, którą mógł swobodnie dysponować, by bez przymusu zwrócić się ku Bogu. Samopoddanie się, jakie realizował przed upadkiem, nie oznaczało jakiejś walki, lecz jedynie rozkoszne przezwyciężenie owej nieskończenie małej samoprzynależności, dla której było to wspaniałym doznaniem – jego bladą analogią może być dziś frenetyczne wzajemne poddanie się kochanków. Dlatego też człowiek z raju nie odczuwał żadnej p o k u s y (w naszym rozumieniu), by wybrać siebie – żadne uczucie czy skłonność nie popychały go uporczywie w tym kierunku – nic prócz samego faktu, że to ,ja” było j e g o „ja”.
Aż do tej chwili duch ludzki całkowicie kontrolował ludzki organizm. Niewątpliwie spodziewał się, że zachowa tę kontrolę, gdy przestanie być posłuszny Bogu. Ale jego władza nad organizmem była władzą udzieloną mu przez Boga, którą utracił, gdy przestał być Jego pełnomocnikiem. Odciąwszy się, tak jak to potrafił, od źródła swego bytu, odciął się zarazem od źródła władzy. Gdy bowiem mówimy w odniesieniu do rzeczy stworzonych, iż A rządzi B, to musi to oznaczać, że Bóg rządzi B za pośrednictwem A. Wątpię, czy byłoby wewnętrznie możliwe dla Boga nadal rządzić organizmem człowieka z a p o ś r e d n i c t w e m ludzkiego ducha, skoro ów duch się przeciwko Niemu zbuntował. W każdym razie nie uczynił tego. Zaczął rządzić organizmem człowieka w sposób bardziej zewnętrzny, nie za pomocą praw ducha, lecz za pomocą praw natury. Tak więc organy człowieka, nie rządzone już jego wolą, podpadają pod kontrolę zwykłych praw biochemicznych i cierpią wszystko, co działanie owych praw może przynieść w postaci bólu, starości lub śmierci. A w umyśle człowieka zaczynają ojawiać się pragnienia nie dyktowane przez rozum, lecz wywołane przez biochemiczne czy zewnętrzne fakty. Zaś sam umysł człowieka podlega psychologicznym prawom skojarzeń i im podobnym, które Bóg stworzył, by rządziły psychologią wyższych antropoidów. Wola, porwana falą samej natury, nie ma innych możliwości, jak tylko odepchnąć pewne nowe myśli i pragnienia, zaś ci nowi buntownicy stają się, jak to dziś wiemy, podświadomością. Proces ten nie przebiegał, jak sądzę, równolegle do samego zepsucia, jak to może obecnie się zdarzyć z poszczególnymi ludźmi; była to utrata statusu jako g a t u n ku. Tym, co człowiek utracił w wyniku upadku, była jego pierwotna, specyficzna natura. „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz„.
Całemu organizmowi, który dawniej podporządkowany był duchowemu życiu człowieka, pozwolono powrócić do warunków naturalnych, z których wyniósł go Bóg w chwili stworzenia -tak jak dużo wcześniej w dziejach tworzenia Bóg wyniósł życie roślinne tak, by stało się przekazicielem cech zwierzęcych, proces chemiczny, by był przekazicielem życia wegetatywnego, a proces fizyczny, by był przekazicielem procesu chemicznego. Tak więc duch ludzki, który kiedyś był panem ludzkiej natury, stał się lokatorem w swym własnym domu, a nawet więźniem; rozumna świadomość stała się tym, czym jest dziś – kapryśnym reflektorem oświetlającym malutką cząstkę poruszeń mózgowych. Ale to ograniczenie władz ducha było mniejszym złem niż skażenie samego ducha. Odwrócił się on od Boga i stał się swym własnym idolem, tak że chociaż mógł nadal zwrócić się ku Bogus, mógł tego dokonać jedynie dzięki bolesnemu wysiłkowi, a jego inklinacje były skierowane ku sobie. Stąd duma i ambicja, pragnienie, by wydać się miłym we własnych oczach, chęć uciskania i upokarzania wszystkich rywali, zazdrość, nieustanne poszukiwanie coraz większego bezpieczeństwa – stały się obecnie postawami, które najłatwiej było przyjąć. Duch ludzki był nie tylko słabym, ale także złym władcą swej natury: przekazywał do swego psychofizycznego organizmu dużo gorsze pragnienia niż te, które przesyłał mu jego organizm. Kondycja ta została przekazana na zasadzie dziedziczności wszystkim późniejszym pokoleniom. Nie było to bowiem jedynie tym, co biologowie nazywają nabytą dewiacją. Było to wyłonienie się nowego typu człowieka; nowy gatunek, nigdy nie stworzony przez Boga, włączył się do istnienia poprzez grzech. Zmiana, jaką przeszedł człowiek, nie przypominała w niczym rozwoju nowego obyczaju; była to radykalna przemiana jego konstytucji – zakłócenie wzajemnych relacji pomiędzy jego częściami składowymi i wewnętrzne wypaczenie jednej z nich.
Bóg mógł zatrzymać ten proces poprzez cud. Ale to – by posłużyć się nieco uchybiającą szacunku metaforą – oznaczałoby odrzucenie problemu, który Bóg sam przed sobą postawił, gdy stwarzał świat – problemu wyrażenia Jego dobra poprzez totalny dramat świata, zawierającego wolne elementy, mimo ich buntu przeciwko Niemu i za ich pośrednictwem. Użyteczny może być tu symbol dramatu, symfonii czy tańca, by skorygować pewien absurd, który mógłby się pojawić, gdybyśmy zbyt długo rozprawiali na temat Bożego planowania i procesu stwarzania świata dla dobra oraz zniszczenia tego dobra na skutek wolnej woli stworzeń. Może to doprowadzić do pojawienia się absurdalnej koncepcji, jakoby upadek człowieka zaskoczył Boga i pokrzyżował Jego plan, lub – co jeszcze bardziej absurdalne – że Bóg zaplanował wszystko z myślą o warunkach, o których dobrze wiedział, iż nigdy nie zostaną realizowane. W rzeczywistości Bóg stwarzając pierwszą mgławicę oczywiście widział akt ukrzyżowania. Świat jest tańcem, w którym dobro, wychodząc od Boga, ulega zakłóceniu przez zło wywodzące się ze stworzeń, a konflikt, jaki z tego wynika, zostaje rozwiązany dzięki przyjęciu przez Boga cierpiącej natury wytwarzającej zło. Doktryna o dobrowolnym upadku człowieka twierdzi, że zło, które w wyniku tego stało się paliwem czy surowcem dla drugiego, bardziej skomplikowanego rodzaju dobra, nie jest dziełem Boga, lecz człowieka. Nie oznacza to, że gdyby człowiek zachował niewinność, Bóg nie mógłby wymyślić równie wspaniałej, przypominającej symfonię całości, jeżeli już koniecznie musimy zadawać takie pytania. Zawsze jednak należy pamiętać o tym, że kiedy zastanawiamy się nad tym, co mogłoby się stać – o nieprzewidzianych ewentualnościach poza całą rzeczywistością, to tak naprawdę nie bardzo wiemy, o czym mówimy. Nie ma takich czasów i miejsc poza istniejącym wszechświatem, w których wszystko to „mogło się stać” czy „mogło było się stać”. Sądzę, że najbardziej wymownym sposobem stwierdzenia rzeczywistej wolności człowieka jest powiedzenie, że jeżeli w jakiejś innej części istniejącego wszechświata żyją rozumne gatunki inne niż człowiek, to nie jest wcale konieczne zakładać, że one również upadły.
Naszą obecną sytuację wyjaśnia zatem fakt, że jesteśmy członkami skażonego upadkiem gatunku. Nie oznacza to, bym uważał, że nasze cierpienia są karą za to, że jesteśmy tym, czym być musimy, lub że jesteśmy moralnie odpowiedzialni za zbuntowanie się naszego odległego przodka. Jeżeli mimo wszystko nazywam naszą obecną sytuację sytuacją grzechu pierworodnego, a nie jedynie jakiegoś pierwotnego nieszczęścia, to dlatego, że nasze doświadczenie religijne nie pozwala nam patrzeć na to w inny sposób. Przypuszczam, że teoretycznie moglibyśmy powiedzieć: „Tak, zachowujemy się jak ludzie występni, lecz dzieje się tak dlatego, że tacy j e s t e ś m y. A to w żadnym przypadku nie jest naszą winą”.
Ale sam fakt, że jesteśmy występni, czego jednak bynajmniej nie należy traktować jako wymówki, jest dla nas większym wstydem i napawa nas większym smutkiem niż każdy z poszczególnych aktów, do których popełnienia nas skłania. Sytuacja ta nie jest aż tak trudna do zrozumienia, jak niektórzy sądzą. Występuje ona wśród ludzi, gdy jakiś bardzo źle wychowany chłopiec trafia do przyzwoitej rodziny. Jej członkowie całkiem słusznie pamiętają o tym, że „to nie jego wina”, iż jest małym tyranem, tchórzem, skarżypytą i kłamcą. Mimo wszystko jednak, obojętnie jak do tego doszło, jego obecny charakter jest obrzydliwy. Rodzina nie tylko nienawidzi tych cech, ale powinna je nienawidzić. Nie może kochać go takim, jaki jest, może tylko próbować go zmienić. Tymczasem chociaż~ chłopiec jest bardzo nieszczęśliwy z powodu tego, że został tak wychowany, nie możemy uważać jego charakteru za „nieszczęście”, jak gdyby on sam był czymś innym niż jego charakter. To właśnie on – on sam – tyranizuje i podkrada, przy czym lubi to robić. A gdy zaczyna się poprawiać, nieuchronnie odczuwa wstyd i poczucie winy z powodu tego, czym był do tej pory.
W ten sposób powiedziałem wszystko, co można powiedzieć [—-]