KUNTA KINTE CHCIEĆ KASY


[Polityka robienia z ludzi idiotów w kraju przodującym także przoduje.    J.B.]

za:  http://dakowski.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=16628&Itemid=119

[Viagra mać,

Rafał Ziemkiewicz, 

str. 168]

Dobry biznes znajduje naśladowców. Kilka amerykańskich organizacji żydowskich pokazało, że można zarobić wiel­kie pieniądze na wymuszaniu haraczu od  banków, firm ubezpieczeniowych oraz rządów za to, że się ich nie nazwie anty­semitami.

Oczywiście, nie zostało to tak sformułowane – formal­nie chodzi o odszkodowania dla ofiar holocaustu. Tylko prawie nikt nie ma odwagi rzec na głos, że owych odszkodowań domaga­ją się – i wyduszają je –ludzie nie mający do nich żadnego praw­nego ani moralnego tytułu, wprawdzie tego samego pochodzenia, co ofiary narodowego socjalizmu, ale zupełnie z nimi nie związa­ni; raczej będący spadkobiercami tych, którzy cierpienia swych współplemieńców zza oceanu starali się w czasie wojny oraz długi czas po niej tuszować i bagatelizować.

Skoro udaje się Żydom, czemu nie miałoby się udać i nam ­- pomyślało paru nie w ciemię bitych Murzynów i wystąpiło do Kon­gresu Stanów Zjednoczonych o odszkodowanie za dziesięciolecia niewolnictwa oraz dyskryminacji.

Podobno wstępnie rzucono sumę czterech bilionów dolarów. Bilion to po polsku tysiąc miliardów ­jedynka z dwunastoma zerami, po amerykańsku natomiast bilion to polski miliard, czego niedouczeni tłumacze zazwyczaj nie wie­dzą, więc nie wiem, o ile dokładnie chodzi, ale tak czy owak, o spore pieniądze.

W każdym innym kraju na świecie autorów podobnego pomy­słu pewnie by zignorowano, w najlepszym razie wysłano do psy­chiatry. Ale nie w Ameryce. Po pierwsze, jest precedens w postaci owej kasy wyduszonej przez Żydów.

Po drugie, Amerykanie współ­cześni od małego wychowywani są w atmosferze histerycznego sa­mobiczowania się za krzywdy wyrządzone czarnym, czerwonoskó­rym, kobietom, pederastom, lesbijkom, starozakonnym i każdemu, kto tylko zażąda przeprosin.

Na użytek owego samobiczowania hi­storia została w amerykańskich szkołach sprowadzona do karykatu­ry porównywalnej tylko z tym, co zawierały podręczniki sowieckie. Jeśli Murzyn czegoś tutaj się domaga, nie można mu ot, tak po pro­stu odmówić. A pomysł, żeby wszystkich białych obciążyć jakimś specjalnym podatkiem na rzecz czarnych zyskał oczywiście wśród miejscowych Murzynów szerokie poparcie.

W atmosferze ogólnego potępienia dla rasizmu mało kto waży się wykazać zdrowym rozsądkiem oraz znajomością faktów. Takich choćby, jak ten, iż łapaniem Murzynów zajmowali się sami Murzy­ni, z konkurencyjnych plemion – niezgorzej na tym, jak na afrykań­skie warunki, zarabiając. Tylko skończony biały idiota może podej­rzewać ówczesnych Afrykanów o jakąś rasową solidarność – osobi­ście doradzałbym takowemu, by spróbował przekonać jakiegoś ruandyjskiego Hutu, że jest bratem Tutsiego. Odłowionych Murzy­nów z głębi lądu Murzyni z wybrzeża sprzedawali pośrednikom, Żydom albo Arabom, a dopiero ci dowozili ten towar białym plan­tatorom.

Murzyni na takich plantacjach faktycznie byli pozbawieni wolności obywatelskich i osobistych, ale za to podlegali gwałtow­nemu awansowi cywilizacyjnemu – uczono ich noszenia ubrań, czy­tania i pisania, przydatnych zawodów, a dzięki daleko lepszemu wyżywieniu, opiece lekarskiej i dentystycznej (niewolnik koszto­wał – trzeba było o niego dbać) żyli znacznie dłużej, niż, jeśli moż­na tak powiedzieć, na wolności. Niektórzy dorabiali się na tyle, że wykupywali się z niewoli i zakładali własne plantacje, do pracy na których – fakt poświadczony przez historyków – kupowali sobie murzyńskich niewolników.

Inny fakt, który historycy wykazali bez­spornie, to, że w XIX wieku Murzynom na plantacjach południa żyło się dużo lepiej, niż białym robotnikom na północy. Nie wiem wcale, czy ówcześni Murzyni uważali brak wolności za wysoką cenę tego stanu rzeczy – w końcu w Afryce też jej nie mieli. Poczucie krzywdy zrodziło się dopiero po wielu pokoleniach, wskutek przy­mierzenia swojej sytuacji do sytuacji białych. Jeszcze w czasie woj­ny secesyjnej, toczonej formalnie właśnie o wyzwolenie niewolni­ków, ci ostatni byli zupełnie bierni.

Spryciarze, którzy wpadli na pomysł z odszkodowaniem, argu­mentują, że wskutek niewolnictwa czarni obywatele USA są do dziś statystycznie ubożsi od białych. Sądzę, że rozsądnie byłoby porów­nać ich poziom życia z zarobkami czarnych mieszkańców współ­czesnej Afryki. Takie porównanie w mig uświadomiłoby potomkom niewolników, że mogą się uważać za szczęściarzy.

Na całym świe­cie jest mnóstwo ludzi, którzy sami chętnie wleźliby na statki han­dlarzy niewolników i jeszcze za to zapłacili, byle mieć gwarancję, że zostaną w USA, furda, że bez paszportu i praw obywatelskich. Robią to zresztą masowo, nie bacząc na niebezpieczeństwa (ostat­nio kilkudziesięciu takich desperatów udusiło się w ciasnej skrzyni ciężarówki, która miała ich przemycić do ziemskiego raju).

Ale, żeby nie być skrajnym – jeśli komuś się dziś nie podoba, że jego pra­dziadka przywieziono do Ameryki w łańcuchach, to faktycznie, Kongres powinien mu tę krzywdę zadośćuczynić. Fundując darmo­wy bilet z powrotem do Somalii, Sierra Leone, Ruandy czy gdzie tam wola.

Tylko, że niestety we współczesnej Ameryce, po ponad pół wie­ku intelektualnego terroru Roju, nikt się tego nie odważy nawet po­myśleć.