Jan Paź
Końcówka minionego tygodnia obfitowała w wydarzenia, które z całą pewnością zostaną na długo zapamiętane. Najpierw islamista wjechał ciężarówką na nicejski bulwar, rozjeżdżając ludzi, w konsekwencji czego śmierć poniosły 84 osoby, a ponad 200 zostało rannych.
Niespełna dobę później byliśmy świadkami (a raczej obserwatorami – przed naszymi monitorami i telewizorami) nieudanego wojskowego zamachu stanu w Turcji. Dlaczego oba te wydarzenia zestawiam obok siebie? Z pewnością za atakiem terrorystycznym we Francji i próbą puczu w Turcji nie stoją te same osoby czy organizacje. Jednak konsekwencje dramatycznych zdarzeń dla obu krajów mogą być podobne. Co więcej, następstwa te umocnią pozycje rządów i pozwolą na mocniejsze trzymanie w ryzach swoich społeczeństw. Jak wiemy zaś, i Francuzi, i Turcy ostatnio do swoich rządzących nastawieni byli coraz sceptyczniej.
Warto przyjrzeć się okolicznościom ataku terrorystycznego w Nicei i próby puczu w Turcji i osadzić je w szerszym kontekście społeczno-politycznym. Przez Francję przelewa się fala niezadowolenia z powodu reform prawa pracy. Protesty przybierają na sile, dochodzi do regularnych starć ze służbami porządkowymi, paraliż gospodarczy staje się coraz dotkliwszy. Hollande traci resztki popularności. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że władza traci kontrolę nad państwem. Wtem dochodzi do zamachu terrorystycznego, po którym wszyscy się ze sobą „jednoczą”, a francuski prezydent przedłuża stan wyjątkowy na trzy miesiące. Nie insynuuję, jakoby atak był inspirowany przez tamtejszych włodarzy, jednak lekkomyślność i niezachowanie elementarnych zasad bezpieczeństwa, których efektem były dramatyczne zdarzenia na nicejskim bulwarze, rodzą liczne pytania.
W każdym razie strach przez zamachami i większe uprawnienia dla służb z pewnością ułatwią rządowi kontrolowanie nastrojów społecznych. To, co wydarzyło się w Turcji jest jeszcze bardziej zagadkowe. Każdy, kto w piątkowy wieczór śledził relacje medialne, obserwował pochód wojsk na Stambuł i Ankarę, musiał być zatrwożony. Jeszcze na dobre noc się w Polsce nie skończyła, a już mogliśmy się dowiedzieć, że sytuacji za Cieśniną Bosforska jest względnie opanowana. Kolejne informacje były jeszcze bardziej zaskakujące – w puczu, jak twierdziły źródła rządowe, wziąć miała udział nieco ponad setka wojskowych. Także przebieg „zamachu stanu” był mocno, pisząc kolokwialnie, podejrzany. Wpierw wojskowy śmigłowiec ostrzeliwał gmach parlamentu – tylko po co, w piątkową noc?!
Dlaczego puczu nie rozpoczęto od pojmania rządzących, a do rzekomego bombardowania hotelu, w którym urlopował prezydent Turcji doszło na kilka godzin po rozpoczęciu zamachu, kiedy wiadomo było, że już tam nie przebywa?! I jaka była kalkulacja puczystów, skoro setką osób, bez podjęcia jakiejkolwiek próby przekonania społeczeństwa do swoich racji, chcieli przejąć kontrolę nad 70 milionowym krajem?! Co do jednego nie mam wątpliwości – tracący na popularności Erdogan uzyskał właśnie legitymizację do antydemokratycznych działań, rozprawienia się z niewygodnymi dla niego oponentami i kolejnej czystki w armii. Czy więc chaos, którego jesteśmy obserwatorami, jest kontrolowany.
