Piotr Lewandowski
fot: YouTube
Polacy wyleczyli się z „pedagogiki wstydu”, brukselskie i niemieckie połajanki tylko ich irytują, podobnie jak wychowawcze uroszczenia rodzimych „łże-elit”. Nie zaprzepaśćmy tego.
1. Przestrogi Piotra Wierzbickiego
Zapewne większość z Państwa kojarzy postać Piotra Wierzbickiego, ale na wszelki wypadek przypomnę – dziennikarz, PRL-owski opozycjonista i autor pamiętnego „Traktatu o gnidach”, w III RP wieloletni redaktor naczelny antykomunistycznej i antysalonowej „Gazety Polskiej”, który nagle zapałał miłością do Adama Michnika, co zaowocowało katastrofą sprzedażową tygodnika, od którego odwrócili się czytelnicy nie podzielający wizji „GaPola” jako prawicowego dodatku do „Wyborczej”. Miłość poniekąd została odwzajemniona, jako że kiedy po przewrocie pałacowym Sakiewicza Wierzbicki musiał odejść z redakcji, znalazł przytulny kącik w „Wyborczej” właśnie, gdzie skrobał felietony o muzyce poważnej. Na długi czas Piotr Wierzbicki jakoś zniknął mi z horyzontu – aż tu nagle niedawno odnalazł się na łamach „Rzeczpospolitej” z tekstem krytykującym krótkowzroczność antypisowskiej histerii. Dlaczego krótkowzroczność? Ano dlatego, że wedle Wierzbickiego hipotetyczne odsunięcie PiS od władzy wcale nie będzie oznaczało automatycznego odzyskania wpływów przez obecną opozycję, zarówno polityczną, jak i społeczną. Towarzystwo dziś walczące o to „żeby było tak, jak było” jest już trwale zmarginalizowane i nie ma szans na odzyskanie dawnego prestiżu i pozycji. Dolce vita obozu beneficjentów III RP definitywnie się skończyło, o czym świadczy chociażby kondycja „Gazety Wyborczej” – swoisty papierek lakmusowy wskazujący na rzeczywisty zasięg przekazu dinozaurów Magdalenki, współtwórców i utrwalaczy systemu odrzuconego masowo w ostatnich wyborach.
Kogóż zatem publicysta typuje na następcę Prawa i Sprawiedliwości? Szeroko rozumiany obóz narodowy. I dopiero narodowcy przykręcą wam śrubę – że pozwolę sobie tak streścić wywód autora skierowany do liberalnych elit. Dopiero wtedy zobaczycie co to jest autorytaryzm, czym grozi demonstrowanie na ulicach niedawnych pieszczochów transformacji i ocierające się o zdradę umizgi do zagranicznych ośrodków. „Chytrzy manipulatorzy i pospolici głupcy z branży dziennikarskiej, którzy powiedzieli swym kompanom z gazet zagranicznych, że PiS to partia skrajnie nacjonalistyczna, będą mieli okazję przejść przyspieszony, niestety obowiązkowy kurs praktycznej wiedzy o obyczajach formacji faktycznie radykalnej czy też nawet skrajnie radykalnej” – powiada Wierzbicki, dodając do tego jeszcze perspektywę wyjścia Polski z UE i NATO i puentując, że dzisiejsi męczennicy rozpięci na pluszowych krzyżach jeszcze „zatęsknią za Jarosławem Kaczyńskim”.
II. Następcy PiS
Nie powiem, to przed czym Wierzbicki ostrzega i co napawa go niepokojem (bo nie jest to bynajmniej fan narodowców), dla mnie stanowi wręcz pewną nadzieję. Prawo i Sprawiedliwość nie będzie rządziło wiecznie i gdyby zostało zastąpione przez inną propolską siłę – tyle, że odwołującą się do spuścizny Romana Dmowskiego – byłoby naprawdę znakomicie. Podobną diagnozę formułuje zresztą od jakiegoś czasu Rafał Ziemkiewicz widząc zalążek następców PiS-u w jakimś konglomeracie narodowców, kukizowców i korwinistów. Sam jakiś czas temu dość uparcie postulowałem sojusz, bądź przynajmniej życzliwą neutralność obu „płuc” polskiego obozu patriotyczno-niepodległościowego – odwołujących się do tradycji piłsudczykowskiej i endeckiej – widząc w nich nie tyle sprzeczności, ile wzajemnie uzupełniające się propozycje dla Polski. Skoro jednak nie było chętnych na taki alians, więc niech będzie i tak, że jedni będą sukcesorami drugich przy sterach rządów.
Tyle, że oczywiście po stronie narodowców musi do tego momentu zostać wykonana określona praca. Nie tylko na zewnątrz, by społeczne nastroje niosły właśnie ich, a nie kogo innego (a konkurencja się znajdzie, o czym za chwilę), ale przede wszystkim wewnątrz obozu narodowego. Myślę tu głównie o konsolidacji, bowiem póki co, formacje narodowe jakby uparły się przerabiać po raz kolejny lekcję polskiej prawicy z lat 90-tych z charakterystycznym dla tamtych czasów rozmnażaniem przez podział i partykularnymi ambicyjkami kolejnych liderów. Bez tego wiekopomna szansa przejdzie koło nosa. A rywale nie śpią i nie myślę tu bynajmniej o skompromitowanych emanacjach michnikowszczyzny i tłustych kotach z KOD-u, lecz o tych, którzy dziś są przez nich oskarżani o wyłamywanie się z karnych, antypisowskich szeregów. To np. podkreślająca patologie polskiej transformacji nowa lewica – partia „Razem” Zandberga, „Zieloni”, których przedstawicieli sfanatyzowane kodziarstwo wygwizdało na manifestacji, bo ośmielili się przypomnieć, że w III RP nie wszystko było cacy, czy ruchy miejskie w rodzaju „Miasto Jest Nasze” Jana Śpiewaka zbijające dziś kapitał na obronie praw lokatorskich i warszawskiej aferze reprywatyzacyjnej. Swoją drogą, o marazmie lokalnych struktur PiS świadczyć może, że przez te wszystkie lata jakoś nie zainteresowały się one dziejącym się tuż przed ich nosem gigantycznym przekrętem – a stowarzyszenie Śpiewaka zadało sobie trud, by przejrzeć dane z KRS i opracować warszawską mapę dzikiej reprywatyzacji doskonale obrazującą skalę patologii. Jak tak dalej pójdzie, to lewica, często skrajna, gładko przechwyci socjalną część elektoratu PiS i narodowcy będą musieli obejść się smakiem. Tamci zaś równolegle z kwestiami socjalnymi będą wdrażać postępacką agendę w jej najdzikszym wydaniu. Dlatego już dziś uczulam – w dłuższej perspektywie główny przeciwnik narodowców, zarówno polityczny, jak i ideowy, to nie odchodząca w niebyt Platforma, banksterzy od Petru, czy salonowi pajace Kijowskiego, lecz właśnie owe młode, lewackie ugrupowania.
III. Dlaczego PiS straci władzę?
Ale zaraz – spyta ktoś – dlaczego PiS w ogóle miałoby stracić władzę? Odpowiadam – dziś jest potęgą, zgoda, ale jak złudny i nietrwały jest taki status właśnie przekonała się PO, której zjazd ze szczytów był wyjątkowo spektakularny i bolesny. Owszem, dziś wiele wskazuje na to, że ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego zdoła zapewnić sobie drugą kadencję – choć nie wiadomo, czy samodzielną (i tu znów posłanie do narodowców: wolałbym Was widzieć jako ew. koalicjanta po kolejnych wyborach, niż kogokolwiek innego), ale nic nie jest dane raz na zawsze. Generalnie, PiS poślizgnie się na tym samym, co jego poprzednicy – arogancji władzy, kolesiostwie, kumoterstwie i temu podobnych. Nie trzeba będzie nawet grubszych afer, wystarczy jeśli ludzie w pewnym momencie stwierdzą, że PiS jest po tych samych pieniądzach co reszta. Jeżeli dodatkowo nie uda się spełnić kluczowych obietnic i pogorszy się koniunktura gospodarcza, to zwrot społecznych nastrojów po przekroczeniu pewnej masy krytycznej może być równie radykalny, jak ten z 2015 r.
A pierwsze sygnały już są. Karykatura ustawy frankowej przedstawiona przez kancelarię prezydenta Andrzeja Dudy skutecznie zniechęciła do niego „frankowiczów”. Żeby było ciekawiej, pomału zaczyna się kształtować linia orzecznictwa sądów negująca klauzule waloryzacyjne i indeksacyjne, co skutkuje faktycznym przewalutowaniem kredytów. I co, te nieudolne, zdegenerowane sądy potrafią się postawić banksterom, a Pan nie umiał? Wstyd, panie prezydencie. Kolejna rzecz, to obsadzanie wszystkiego co się da kolesiami, za co właśnie poleciał minister Jackiewicz. Nie ma szans, ile Kaczyński by nie grzmiał i ile czystek nie zarządził, wszystkiego nie dopilnuje, a głód posad jest ogromny, na zasadzie „tyle lat w opozycji o suchym chlebie, to teraz chyba mnie też coś się należy”. Naprawdę, czasem bardziej niż miliardowe machloje może zaszkodzić wsadzenie na stołek przysłowiowego szwagra. Weźmy sprawę Misiewicza – rozumiem, że Macierewicz chciał mieć w strategicznym koncernie kogoś zaufanego, ale jeżeli ma do dyspozycji jedynie młokosa bez kwalifikacji, to delikatnie mówiąc, nie jest wesoło. Wreszcie, paliwo z 500+ też się kiedyś wyczerpie. Ludzie szybko przyzwyczajają się do dobrego i wkrótce zaczną dodatkowe pieniądze traktować nie jako dobrodziejstwo, lecz element rzeczywistości, który się „należy” i niekoniecznie musi mieć wpływ na ich wyborcze preferencje.
IV. Wiatr w prawicowych żaglach
Póki co, dla prawicy, także narodowej, wieją sprzyjające społeczne wiatry. Również przez nieudolność opozycji dostarczającej politycznego paliwa dla „radykałów”. Jeszcze raz odwołam się do tekstu Wierzbickiego: „Oto miliony Polaków, w większości przychylnych Unii, widzą raptem – w relacji z Parlamentu Europejskiego – kolekcję nawiedzonych babiszonów i agresywnych typków szwargocących zajadle na nasz temat, oglądają przysłanych tu na inspekcję ponurych unijnych rewizorów, czytają miotane na nas obelgi przez usłużnych zagranicznych gryzipiórków, słyszą o pielgrzymkach rodzimych skarżypyt tłoczących się w unijnych przedpokojach. A wszyscy oni odwalają dla formacji narodowej robotę, jakiej by dla niej najcwańszy taktyk nie wymyślił”. I to jest prawda. Polacy wyleczyli się z „pedagogiki wstydu”, brukselskie i niemieckie połajanki tylko ich irytują, podobnie jak wychowawcze uroszczenia rodzimych „łże-elit”. Nie zaprzepaśćmy tego.
