Suwerenność kontra globalny kolonializm. Teraz właśnie decyduje się kształt przyszłego porządku świata i przyszłość narodów


z:    http://polskaniepodlegla.pl/opinie/item/9279-suwerennosc-kontra-globalny-kolonializm-teraz-wlasnie-decyduje-sie-ksztalt-przyszlego-porzadku-swiata-i-przyszlosc-narodow

 Piotr Lewandowskifot: pixabay.com fot: pixabay.com

Teraz właśnie decyduje się kształt przyszłego porządku świata – czy państwa narodowe zachowają jakiekolwiek realne prerogatywy w kształtowaniu własnych polityk gospodarczych czy staną się koloniami eksploatowanymi przez międzynarodową oligarchię i pozostającymi pod ścisłym nadzorem globalnych potęg.

1. Wypłukiwanie suwerenności

Niniejszy artykuł można potraktować jako suplement do zamieszczonych w dwóch poprzednich numerach „Polski Niepodległej” obu części tekstu „CETA i TTIP, czyli transatlantyckie niewolnictwo”. Jak zasygnalizowałem przed tygodniem, stawka rozgrywki o przeforsowanie obu transatlantyckich umów jest dalece większa niż doraźne zagrożenia dla różnych branż (w tym w szczególności rolnictwa), miejsc pracy, mniejszych podmiotów gospodarczych, praw konsumenckich itd. Gra toczy się o suwerenność państw narodowych. Owa suwerenność w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat jest systematycznie „wypłukiwana” na rzecz ponadnarodowych struktur w rodzaju Unii Europejskiej i działających globalnie podmiotów gospodarczych, „lewarujących się” poprzez porozumienia handlowe.

Przykładowo, nominalnie amerykański koncern Philip Morris, który pozwał rząd Australii za regulacje antynikotynowe, uczynił to poprzez swoją filię w Hongkongu, na podstawie umowy typu BIT łączącej Australię z tą chińską enklawą. Aby było ciekawiej – formalnie poszło o ochronę własności intelektualnej, bowiem australijski prawodawca chciał ujednolicić opakowania papierosów, ukrywając markę i logo producenta. Australia proces wygrała, ale tylko dlatego, że trybunał w Singapurze uznał swoją niewłaściwość do rozstrzygania sporu. Warto dodać, że pierwotnie system ISDS służyć miał ochronie inwestorów w państwach mających problemy z praworządnością – a ponieważ okazało się, że jest to wymarzone narzędzie do szantażowania rządów, niepostrzeżenie arbitrażowa procedura inwestor-przeciw-państwu stała się standardową częścią handlowych umów międzynarodowych. Tak wygląda dziś kolonizacja – nie trzeba wysyłać kanonierek, sprawy załatwia się po cichu podczas tajnych rozmów, ustalenia kodyfikuje rękoma wyspecjalizowanych kancelarii i podsuwa rządom „do wykonu”.

Losy zarówno umowy TTIP, jak i jej brata bliźniaka, czyli CETA, w modelowy sposób wręcz pokazują, jaką fikcją jest ta cała współczesna demokracja. Owszem, nominalny „suweren”, czyli „lud”, może czasem przysporzyć jakichś kłopotów, na chwilę przystopować pewne procesy, ale generalnie wszystko ma się toczyć wedle strategii rozrysowanej gdzieś w zaciszu gabinetów, gdzie rezydują prawdziwi władcy tego świata. Ludzie mogą protestować na ulicach, ba – nawet zagłosować na tzw. populistów, lecz to nie ma prawa niczego zmienić, bo są to sprawy zbyt poważne, by zdawać je na kaprysy wyborców. Zbyt ciężkie miliardy leżą na stole i zbyt wielka, globalna wizja jest tu stawką.

2. Z polskiej perspektywy

Obecnie mamy do czynienia z sytuacją, gdy „w naszym imieniu” kluczowe negocjacje toczy Komisja Europejska, a w praktyce lobbyści koncernów przedzierzgnięci na tę okazję w „negocjatorów”. Rządy mogą co najwyżej robić dobrą minę do złej gry – no bo skoro podpisało się traktat lizboński dający władzom w Brukseli takie kompetencje, to teraz pozostaje jedynie udawać przed obywatelami, że wszystko jest w porządku. Zwraca tu uwagę zachowanie rządu Beaty Szydło, który gdyby nie naciski społeczne, zapewne biernie przyklepałby umowę CETA, idąc po linii Morawieckiego, pozostającego mentalnie, mimo patriotycznej retoryki, tak naprawdę „człowiekiem rynków”. Pytanie, kiedy Jarosław Kaczyński zorientuje się, komu oddał władzę nad polską gospodarką uwiedziony wizją „wielkiego skoku” w ramach tzw. planu Morawieckiego. Planu, dodajmy, który może zostać sfinansowany wyłącznie poprzez gigantyczne zadłużenie Polski.

Obrońcy CETA mówią, że sytuuje nas ona i tak w lepszej pozycji niż to, co daje nam bilateralna umowa łącząca obecnie Polskę z Kanadą.
W porządku, zatem ja tylko przypomnę, że jeszcze w lutym 2016 podsekretarz stanu w Ministerstwie Skarbu Państwa Mikołaj Wild obwieścił na forum sejmowym, iż resort pragnie poddać weryfikacji umowy typu BIT (Bilateral Investment Treaties) zawarte przez Polskę z 60 krajami. Wiceminister tłumaczył, że porozumienia te są archaiczne i niepotrzebne, a do ich wypowiedzenia namawia nas sama Unia Europejska. Do tego procesy w ramach ISDS generują spore koszty. Według stanu na luty 2016 przeciw Polsce toczyło się 11 takich postępowań o łącznej wartości przedmiotów sporu 8–9 mld zł. Nawet biorąc pod uwagę, że Polska większość takich postępowań wygrywa, to sam koszt obsługi prawnej jednego procesu wynosi ok. 3–4 mln zł. Umowom miało się przyjrzeć Ministerstwo Skarbu Państwa wspólnie z Prokuratorią Generalną, zaś wykonawcą decyzji o wypowiedzeniu umów miało być Ministerstwo Rozwoju. Od tamtej pory jednak „w temacie” panuje głucha cisza, a domyślam się, że po objęciu nadzoru nad resortami gospodarczymi przez wicepremiera Morawieckiego jakiejkolwiek aktywności w tej materii ukręcono łeb.

Przy okazji, do myślenia może dawać fakt, że takie Stany Zjednoczone nie przegrały ani jednego procesu w ramach ISDS – nic dziwnego, że naciskają na wprowadzenie tego mechanizmu do TTIP.

Podnoszony jest argument, że obecnie mamy z Kanadą dodatni bilans handlowy. Owszem, to prawda – i dobrze, aby tak zostało. Podpisanie CETA da tamtejszym koncernom gigantyczny „oddech” – bo czym innym jest „detaliczny” handel z poszczególnymi państwami, czym innym zaś ekspansja „hurtowa” na jednolity, europejski rynek. Szczególnie jeśli wiodącymi podmiotami kolonialnej inwazji staną się ponadnarodowi giganci wyjęci spod jurysdykcji krajów, w których działają, i uwolnieni od jakichkolwiek ograniczeń.

Tak naprawdę istnieje tylko jeden racjonalny powód, by podpisać CETA – jest to możliwość importowania kanadyjskiej ropy z piasków bitumicznych, co mogłoby przełamać rosyjską dominację jako dostawcy surowca do Polski. Podobnie z TTIP – tu z kolei chodzi o możliwość importu z USA gazu łupkowego. Pytanie, czy skórka warta jest wyprawki.

Jest jeszcze kolejny aspekt – PiS najwyraźniej chce nas zespawać „na sztywno” z USA i Kanadą, widząc w tym zabezpieczenie przed Rosją. Ewentualne straty gospodarcze jawią się w tym kontekście jako cena, którą gotowi jesteśmy zapłacić za ochronę przed rosyjskim zagrożeniem. Warto się w tym miejscu spytać, czy nasza zgoda na CETA, gorliwie wyrażona przez prezydenta Dudę podczas majowej wizyty w Kanadzie, jest właśnie częścią ceny za wzmocnienie „wschodniej flanki” NATO. I jak się ma te kilka batalionów w ramach „stałej, rotacyjnej obecności” do potencjalnych kosztów, jakie poniesie nasza gospodarka? I czy nie jest tak, że rząd PiS koncentrując się na zagrożeniu ze strony Rosji, jednocześnie nie chce zauważać zagrożeń innego typu, będących konsekwencją przemocy ekonomicznej korporacyjnych molochów?

3. Walonia dała przykład

Tymczasem na brukselskim szczycie Rady Europejskiej zawstydziła wszystkich mała Walonia. Zamieszkany przez 3 mln mieszkańców region niewielkiej Belgii, niebędący nawet samodzielnym państwem, potrafił się przeciwstawić europejskim i globalnym potęgom, nie zadowalając się jakimiś drugorzędnymi ustępstwami. Tak się szczęśliwie składa, że rząd Belgii nie może podpisać CETA bez zgody regionów. Walonii zaproponowano nawet dołączenie do traktatu deklaracji interpretacyjnej o statusie dokumentu prawnie wiążącego, gwarantującej, że umowa nie będzie dotyczyła krajowych regulacji w kwestiach społecznych, typu ochrona praw pracowniczych czy ubezpieczenia.

Pokazuje nam to podstawową rzecz: wbrew temu, co nam się wmawia, nawet na ostatniej prostej można umowę posłać do kosza albo przynajmniej wynegocjować korzystne rozwiązania. I teraz pytanie – jak w tej sytuacji zachowała się polska delegacja? Przecież tu aż się prosiło o zmontowanie w trybie nagłym szerszego frontu i poparcie Walonii. A partnerzy mogliby się znaleźć, bo wciąż nierozwiązana pozostaje kwestia zniesienia kanadyjskich wiz dla obywateli Rumunii i Bułgarii. Powtarzam – w najgorszym razie dałoby nam to możliwość przeforsowania zapisów mogących złagodzić negatywne skutki CETA, a istniała spora szansa na definitywne odrzucenie umowy w całości. Obawiam się jednak, że łatwiejsze jest gromkie pokrzykiwanie na własnym podwórku o obronie suwerenności niż realne stawienie czoła światowym macherom i grupom interesu na forum międzynarodowym. Oby nie powtórzył się scenariusz znany z traktatu lizbońskiego: odtrąbiony gromko sukces w rodzaju „mechanizmu z Joaniny”, a co realnie za tym „sukcesem” stoi – o tym przekonamy się poniewczasie. Opornej Walonii zaś każe się głosować aż do skutku – bo mimo fiaska unijnego szczytu sprawa nie jest jeszcze ostatecznie przesądzona.

Podkreślmy na koniec: teraz właśnie decyduje się kształt przyszłego porządku świata – czy państwa narodowe zachowają jakiekolwiek realne prerogatywy w kształtowaniu własnych polityk gospodarczych czy staną się koloniami eksploatowanymi przez międzynarodową oligarchię i pozostającymi pod ścisłym nadzorem globalnych potęg. Jeżeli dziś się ugniemy, to później wszelkie zaklęcia o „repolonizacji”, „gospodarczym patriotyzmie” i „budowaniu polskiego kapitału” będziemy sobie mogli wsadzić w buty.

Tekst ukazał się na łamach tygodnika Polska Niepodległa! Kupujcie nowe numery w każdą środę!

—-