Grzegorz Braun
W Rzeczypospolitej Trzeciej i Pół każdy, kto wykazuje niedostateczny entuzjazm względem dobrej zmiany, partycypacji w eurokołchozie, NATO czy CETA, automatycznie musi okazać się poplecznikiem Putina, ruskim agentem, zwolennikiem powrotu do PRL, RWPG i Układu Warszawskiego. I żadne fakty nie mają tu najmniejszego znaczenia – nieważne, co się rzeczywiście mówi i czyni – nie ma takiego konsylium profesorów weterynarii, do którego można by się odwołać po zaświadczenie, że się nie jest wielbłądem.
Dyżurnym straszakiem propagandy PRL byli słynni „odwetowcy z Bonn”, zwłaszcza niejacy Hupka i Czaja – notabene postaci realnie istniejące i w rzeczywistości bynajmniej ze sprawą polską niesympatyzujące (liderzy tzw. ziomkostw w RFN, których dzieło kontynuuje m.in. Erika Steinbach), ale w oficjalnej retoryce służące jako uniwersalne alibi i wieczna wymówka. W oficjalnej narracji bowiem, kto kwestionował zalety demokracji socjalistycznej i przyjaźni polsko-radzieckiej, ten najwyraźniej chciał oddać Niemcom Wrocław i Szczecin. Ilekroć więc sowiecka polskojęzyczna władza chciała kogoś zdelegitymizować w oczach publiki, mocno wszak zdezorientowanej, ale wyraźnie pamiętającej zbrodnie niemieckie – wówczas funkcjonariusze partyjni, a za nimi funkcjonariusze frontu ideologicznego (tzw. publicyści czy dziennikarze) wskazywali delikwenta oskarżycielskim palcem jako poplecznika owych „odwetowców”, alias „zachodnioniemieckich rewanżystów” vel „rewizjonistów”. Każdy, kto przejawiał krytyczne nastawienie do obiektywnej rzeczywistości, kto nie krył, że mu się ustrój nie podoba, albo ośmielał się kwestionować sojusze (co było grzechem w tamtym reżimie najstraszniejszym, nieomal śmiertelnym) – ten nieuchronnie doczekać się musiał potępienia właśnie w tym duchu. „Woda na młyn odwetowców” – już sama obawa przed popadnięciem pod taką anatemę pacyfikowała przynajmniej w części niezadowolenie z kondycji wewnętrznej i międzynarodowej PRL.
Do tych właśnie tradycji wróciliśmy po latach – tyle że z odwróceniem wektorów propagandy. W Rzeczypospolitej Trzeciej i Pół każdy, kto wykazuje niedostateczny entuzjazm względem dobrej zmiany, partycypacji w eurokołchozie, NATO czy CETA, automatycznie musi okazać się poplecznikiem Putina, ruskim agentem, zwolennikiem powrotu do PRL, RWPG i Układu Warszawskiego. I żadne fakty nie mają tu najmniejszego znaczenia – nieważne, co się rzeczywiście mówi i czyni – nie ma takiego konsylium profesorów weterynarii, do którego można by się odwołać po zaświadczenie, że się nie jest wielbłądem. Jako zwolennik Moskwy napiętnowany zostanie prędzej czy później każdy, kto kwestionuje kolektywistyczne pryncypia ustrojowe czy etatystyczne praktyki w zarządzaniu. Poplecznikiem Putina okaże się każdy, kto publicznie poda w wątpliwość jedynie słuszną linię polityki zagranicznej, sens i wiarygodność sojuszniczych zobowiązań, na jakich oparta jest iluzja bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego Polski. Jakże niewiele lub też zgoła nic nie zmieniło się w tych sprawach od czasów Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego – w polityce wewnętrznej „nie ma odwrotu od socjalizmu”, a w polityce zagranicznej „nie wolno kwestionować sojuszy”. W podtrzymywaniu takiej rzekomo bezalternatywnej, choć obłędnej koncepcji ustrojowej i fałszywej wizji geopolitycznej w najmniejszym stopniu nie przeszkadza brak elementarnej logiki w argumentacji. Bo też poważną argumentacją w kręgach władzy czy w jej otulinie propagandowej mało kto się fatyguje – wystarczy czarny PR wymierzony w krytykantów i malkontentów. Gdzie zastosowanie ma retoryka kołłątajowsko-piłsudczykowska, tam wobec omnipotencji państwa ustąpić muszą i prawa rodzicielskie (patrz np. przymus szczepionkowy czy agitacja genderowa w szkołach), i prawo własności (patrz: programowa deklaracja naczelnika Kaczyńskiego o prymacie państwa), nie mówiąc już o osobistej wolności (patrz: reglamentacja dostępu do broni) czy prywatności (patrz: kres tajemnicy bankowej). Gdzie za całą doktrynę i strategię państwową mają wystarczyć mity etatystyczne i insurekcyjne – gdzie polską obronnością i dyplomacją kierują zza grobu Tadeusz Kościuszko z Józefem Beckiem na spółkę, a finansami i gospodarką zarządzają Staszic z Kwiatkowskim – tam próżno szukać logiki dwuwartościowej i księgowości niekreatywnej.
To wszystko jednak – zła wiadomość – nie może i nie będzie trwało wiecznie. Za budżetowe ekstrawagancje, za inwestycje w „szklane domy”; i za egzotyczne alianse, za zespawanie polskiej racji stanu z obcymi dyrektywami, za uległość wobec dyktatu imperialnego ambasadora i uroszczeń lobby żydowskiego – za to wszystko przyjdzie wkrótce zapłacić. Tymczasem jednak władza pogrąża się w autoiluzjach – a wobec własnego narodu kontynuuje politykę dezinformacji. Tej ostatniej niniejszym przypomnijmy kilka świeżych przykładów – różnego kalibru, ale jednako zaświadczających wolę utrzymywania własnego narodu w stanie radosnej niewiedzy o jego niewesołej sytuacji.
Ot, np. dopiero w ostatnich dniach mogliśmy dowiedzieć się, że kilka tygodni wcześniej znaleźliśmy się w stanie zagrożenia radiologicznego (sic!), gdy nad Polską przeszła chmura radioaktywnego jodu (sic!). Państwowa Agencja Atomistyki, która wówczas sprawę przeoczyła (i tak źle) albo przemilczała (i tak niedobrze), dopiero w ostatnim tygodniu uznała za stosowne wydać w tej sprawie „uspokajający komunikat” – wszakże nie sama ze siebie, ale dopiero wywołana do tablicy przez Francuski Instytut Ochrony Radiologicznej i Bezpieczeństwa Atomowego (IRSN), według którego od 9 do 16 stycznia tego roku w Polsce odnotowano podwyższony poziom radioaktywnego jodu-131 w powietrzu. Przypomnij sobie teraz, Szanowny Czytelniku, kampanię antysmogową trwającą dokładnie w tamtych styczniowych dniach we wszystkich środkach masowej dezinformacji. Czy to był dyskretny sposób, by nas wszystkich zachęcić do niewychodzenia z domów – wszakże bez wywoływania masowej paniki? Jeśli tak, to dziękuję za takie subtelności. A może wykryte przez zachodnie agencje skażenie było skutkiem przeprowadzenia przez Rosję ćwiczeń bojowych z użyciem taktycznych ładunków jądrowych? Jeśli tak, to chciałbym o tym usłyszeć teraz od przedstawicieli warszawskiej władzy – a nie czytać o tym dopiero w książkach po wojnie (jeśli przeżyjemy).
Inny ciekawy kazus, o mniejszym ciężarze politycznym i niezwiązany bezpośrednio z naszym bezpieczeństwem – ale identycznie świadczący o zdecydowanej woli elit władzy warszawskiej cenzorskiego reglamentowania żałosnej prawdy o rzeczywistości, w jakiej przyszło nam żyć. Oto w ostatnich tygodniach media odnotowały marginalnie zatrzymanie na lotnisku okęckim jakiejś złodziejki sklepowej, która okazała się byłym ambasadorem Bułgarii przy ONZ. Dopiero w ostatnich dniach można się było doszukać (na stronie JTA, Jewish Telegraphic Agency), że owa „bułgarska dyplomatka”, niejaka Elena Borysławowna Poptodorowa, znalazła się w Warszawie bynajmniej nie w trybie międzylądowania – ale że jest u nas stałym gościem, oficjalnie już od jesieni szefując warszawskiemu oddziałowi Amerykańskiego Komitetu Żydowskiego (AJC, American Jewish Committee). Wiedzione jakimś kolektywnym, swoiście pojmowanym poczuciem taktu wszystkie polskojęzyczne gazety – notabene także i te, które wcześniej wzmiankowały żenujący incydent z kradzieżą kosmetyków w strefie bezcłowej – uznały za stosowne oszczędzić swoim czytelnikom tej akurat informacji. Madame Poptodorowa (w swoim czasie zatrudniona jako osobisty tłumacz ostatniego pier-seka kompartii bułgarskiej Todora Żiwkowa – sic!) teraz jako aktywistka żydowska podała się w skutek opisanego zdarzenia do dymisji „ze względów osobistych” (warszawskiej policji perswadowała, bidulka, że akurat zadzwoniła do niej mama i w ferworze konwersacji zapomniała odstawić na półkę ten flakonik o wartości 400 dolarów). Sprawa zdaje się o tyle istotna, że przecież z przedstawicielami AJC szereg razy spotykał się i konferował prezydent RP Duda, który zresztą już wydelegował jednego z urzędników swej kancelarii na uroczystą galę AJC, która 27 marca ma się odbyć w tzw. Muzeum POLIN (co notabene potwierdza przekonanie, że ów ośrodek propagandy antypolskiej pełni w istocie rolę eksterytorialnej placówki). To chyba dość istotna kwestia – czy biedna, skołatana głowa naszego państwa wie właściwie, z kim się spotyka? I czy aby na pewno z właściwymi ludźmi – bo może więcej jest wśród nich małych złodziejaszków? Może więcej jest ludzi, którzy z pozytywnym wynikiem przeszli procedurę sprawdzającą w sowieckich służbach – co jak przypuszczam musiało dotyczyć osobistych tłumaczy wszystkich pier-seków kompartii? Trzeba uważać, bo jak to trafnie diagnozuje swojskie porzekadło: „kto z chłopem pije, ten z nim potem pod płotem leży”.
Jednak takie drobne przemilczenia – i radioaktywny jod-131, i bułgarsko-amerykańsko-żydowska ambasadorka kleptomanka – to są wszystko „michałki” w kontekście gremialnego zaniechania jakichkolwiek cytatów, odwołań czy komentarzy dotyczących styczniowego raportu amerykańskiego Centrum Analiz Strategicznych i Budżetowych (CSBA, Center for Strategic and Budgetary Asessments). Publikację tego wstrząsającego w swej wymowie wykładu imperialnej doktryny sygnalizowałem już parę tygodni temu – pokrótce omawiając również zawartość, porażające w swej otwartej bezwzględności diagnozy i wnioski, fundamentalnie istotne, bo potencjalnie katastrofalne dla Polski (patrz: http://polskaniepodlegla.pl/opinie/item/10 652-tylko-u-nas-grzegorz-braun-polityka-poboznych-zyczen).
Zawiera on ni mniej, ni więcej diagnozę pilnej potrzeby wojny, a jednocześnie deklarację woli przyszłego aliansu z Rosją – z pominięciem lektury tego raportu nie mają większego sensu dywagacje na temat strategicznego aliansu wiążącego Polskę ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki
(patrz: http://csbaonline.org/research/publications/preserving-the-balance-a-u.s.-eurasia-defense-strategy).
Ponieważ prezentowane tu przeze mnie fakty i poglądy na tle dość powszechnie obowiązujących narracji propagandowych mogą zdać się Szanownemu Czytelnikowi dość egzotyczne, a w każdym razie wyraźnie odosobnione – korzystam więc z okazji, by zachęcić Szanownego Czytelnika do zaznajomienia się z innymi publikacjami, które tymczasem ukazały się na dwóch polskich portalach: Fundacji Ad Arma
(http://adarma.pl/2017/02/18/amerykanska-polityka-wobec-polski-2017/) i PCH24 (http://www.pch24.pl/sojusznik-nie-taki-pewny–w-obronie-wlasnych-interesow-usa-gotowe-oddac-rosji-wplywy-w-europie-wschodniej,49 846,i.html) – to dwa szlachetne wyjątki od reguły zakłamania i przemilczenia, jakiej poza tym całkiem „spontanicznie”, bez żadnej instytucjonalnej cenzury trzymają się ośrodki dezinformacji od prawej do lewej, od „Gazety Wyborczej” do „Gazety Polskiej”, od Wiertniczej do Woronicza – i, co szczególnie bolesne, od Warszawy aż po Toruń. Tym bardziej więc polecam Szanownemu Czytelnikowi powyższą „prasówkę” – w przekonaniu, że stawką w toczącej się wojnie dezinformacyjnej (czy też, jak się to elegancko nazywa na amerykańskich uniwersytetach: „operacji strategicznego zarządzania percepcją”) jest już nie tylko polityczna suwerenność na własnym terytorium (bagatela!), ale sam materialny byt i biologiczne przetrwanie naszego narodu.
-Tekst wzięty z http://polskaniepodlegla.pl/opinie/item/10830-tylko-u-nas-grzegorz-braun-woda-na-mlyn-odwetowcow
