dr Leszek Pietrzak
Polskie służby nadal mają swoich „zaufanych” parlamentarzystów. Przy ich pomocy realnie wpływają na pracę naszego parlamentu, a nawet na przebieg rywalizacji partii politycznych.
18 kwietnia szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego Piotr Bączek poinformował, że do prokuratury trafiło zawiadomienie o możliwości przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy SKW. Mogli oni bowiem przygotowywać interpelacje poselskie dla posłów obecnej opozycji. Jak podkreślił szef SKW, chodzi o odnalezione w grudniu 2015 r. w sejfie Centrum Eksperckiego Kontrwywiadu NATO projekty interpelacji wygłoszonych przez posłów PO Marka Biernackiego i Krzysztofa Brejzę, dotyczących odwołania kierownictwa SKW. Szef SKW nie poinformował jednak, do której prokuratury złożył zawiadomienie. Nie wspomniał też, czy dotyczyło ono jedynie odnalezionych projektów interpelacji, czy też innych dokumentów związanych z aktywnością zaprzyjaźnionych z posłami oficerów SKW. W każdym razie stało się jasne, że oficerowie SKW pisali interpelacje dla posłów, którzy następnie nadawali im dalszy bieg w naszym parlamencie. I jasne stało się, że wśród tych, którym SKW pisało takie interpelacje, byli posłowie PO Marek Biernacki i Krzysztof Brejza. Wskazani przez szefa kontrwywiadu posłowie, dla których SKW miała pisać interpelacje, nie za bardzo chcieli się tłumaczyć, dlaczego tak właśnie było. Marek Biernacki stwierdził jedynie, że nieprawidłowości, o których we wtorek mówił Bączek, są tylko jego opiniami. – Później z tych informacji niejawnych czy ściśle tajnych wychodzi prawda oceniana przez sąd – że nic takiego nie miało miejsca – powiedział. Z kolei Krzysztof Brejza, który jest obecnie członkiem komisji śledczej, która ma wyjaśnić aferę Amber Gold, był jeszcze bardziej powściągliwy w reakcjach na rewelacje ujawnione przez Piotra Bączka. Tak czy inaczej, fakty ujawnione przez szefa SKW to jeszcze jeden dowód na to, że nasze służby specjalne, używając określenia rezydenta KGB w Warszawie generała Pawłowa, mają wśród naszych parlamentarzystów wielu przyjaciół. Zaufanych przyjaciół.
Władcy marionetek
Od samego początku istnienia Platformy Obywatelskiej dużą rolę w jej działaniach odgrywały tajne służby. – Miałem dość duży udział w tym, że powstała Platforma, mogę powiedzieć, że odbyłem wtedy olbrzymią liczbę rozmów, a przede wszystkim musiałem przekonać Andrzeja Olechowskiego i Pawła Piskorskiego do pewnej koncepcji, którą później oni świetnie realizowali – przyznał w 2009 r. gen. Gromosław Czempiński i chociaż później twierdził, że go poniosło i że tak naprawdę żartował, dało to dużo do myślenia. Powszechnie uważano, że nagły przypływ szczerości byłego szefa Urzędu Ochrony Państwa i zasłużonego oficera Służby Bezpieczeństwa spowodowany był niezadowoleniem z tego jak PO dzieli konfitury w pierwszych miesiącach swoich rządów. Podobnie było z hucznym zatrzymaniem i postawieniem Czempińskiemu zarzutów korupcyjnych jesienią 2011 r. A potem w tej sprawie wiele się już nie działo. Specjaliści od walk buldogów pod dywanem (określenie niezapomnianego Stefana Kisielewskiego, tak nazywającego polityczne zapasy, których nikt nie widzi, ale w wyniku których co jakiś czas wypada spod „dywanu” trup, przynajmniej medialny) uznali, że nastąpiła wymiana ciosów i generałowi delikatnie zasugerowano, aby w trosce o spokojną starość na emeryturze lepiej pilnował autoryzacji publicznych wypowiedzi.
Kolejnym przykładem działań służb do spółki z politykami PO było wyeliminowanie z wyborów prezydenckich w 2005 r. Włodzimierza Cimoszewicza. W obozie III RP walczyła ze sobą koncepcja postkomunistyczna, reprezentowana przez kandydaturę tego ostatniego, z postsolidarnościową, którą uosabiał Donald Tusk. Cimoszewicz został oskarżony przez swoją byłą asystentkę (której mąż był… dyrektorem w Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego) o podanie nieprawdy w oświadczeniach majątkowych. Jarucka trafiła przed sejmową komisję ds. afery PKN Orlen za pośrednictwem płk. Wojciecha Brochwicza, który skierował ją do byłego kolegi ze służby, wówczas posła PO płk. Konstantego Miodowicza. Rewelacje Jaruckiej, chociaż nie potwierdziły się, doprowadziły do rezygnacji Cimoszewicza ze startu w wyborach. Do czasu ujawnienia tej afery przewodził on sondażom. Dopiero jego rezygnacja dała szansę Donaldowi Tuskowi na walkę z Lechem Kaczyńskim o prezydenturę.
Gdy Bronisław Komorowski, jedyny polityk PO, który zagłosował przeciw likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych, został prezydentem, to wpływy dawnego środowiska oficerów tej formacji zaczęły być ogromne. Dość powiedzieć, że ostatni szef WSI gen. Marek Dukaczewski z racji częstych odwiedzin w Pałacu Prezydenckim zaczął być nazywany „wiceprezydentem”. Komorowski snuł nawet plany ponownego połączenia SKW ze Służbą Wywiadu Wojskowego i faktycznej odbudowy WSI, ale sprzeciw obozu Donalda Tuska na ten scenariusz nie pozwolił. Tusk wolał bowiem sam trzymać rękę na służbach.
Bliskie kontakty
Poseł PO Marek Biernacki, przyłapany niemal na „gorącym uczynku” korzystania z pomocy merytorycznej oficerów służb specjalnych przy pisaniu interpelacji, miał już podobny epizod, gdy firmował tzw. kontraport dotyczący likwidacji WSI wiosną 2007 r. Dokument ów nie zostawiał na procesie likwidacji tej służby przysłowiowej suchej nitki. Do oskarżeń o brak kompetencji doszedł zarzut generowania przecieków do mediów. – Należy się zastanowić, czy te przecieki nie są przesłanką do postawienia pytania o wpływ nowych służb, zwłaszcza tworzących je osób, na media, przede wszystkim na niektórych dziennikarzy – a także o charakter tych związków – pisali politycy PO. Trudno o bardziej dosadne potwierdzenie tezy, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Publikowanie informacji o patologiach we WSI przez media miało świadczyć, że dochodzi do kolejnych nieprawidłowości w nowych służbach. Już przy okazji tego raportu było głośno, że faktycznymi jego twórcami nie byli politycy PO, ale negatywnie weryfikowani funkcjonariusze WSI.
Obstawieni są nie tylko politycy Platformy. Przy pisaniu interpelacji niemal otwarcie korzysta ze wsparcia byłego szefa wywiadu w Urzędzie Ochrony Państwa Piotra Niemczyka (później polityka Unii Wolności) poseł Nowoczesnej Adam Szłapka. Otóż ilekroć dziennikarze „Gazety Finansowej” lub „Warszawskiej” zadawali niewygodne pytania Piotrowi Niemczykowi, tylekroć stawały się one przedmiotem zapytań posła Szłapki, który domagał się od służb ścigania informatorów dziennikarzy. Niemczyk, przekazując zapytania naszych dziennikarzy Szłapce, zapewne chciał doprowadzić do sytuacji, w której przestanie dostawać pytania. Ciekawe, jaki interes w zapewnieniu świętego spokoju byłemu oficerowi ma poseł Nowoczesnej?
Związki między byłymi (nie wspominając o aktualnych) funkcjonariuszami służb specjalnych a politykami są zawsze niebezpieczne. Niezależnie od ich charakteru, opinia publiczna może doszukiwać się w tego typu powiązaniach drugiego dna, zależności, o których istnieniu nikt nie wie. Jeżeli czynni oficerowie pomagają politykom opozycji w ich pracy, to na pewno mamy do czynienia z patologią. Jeżeli robią to byli funkcjonariusze, to rolą dziennikarzy jest upubliczniać taką współpracę i pokazywać ją w świetle jupiterów. Byli funkcjonariusze tajnych służb mają bowiem różne umiejętności, które, o ile przydają się w tajnej służbie na rzecz państwa, to używane w walce politycznej w demokratycznym państwie, już niekoniecznie.
