Rzecznik Praw Towarzyszy. Profesor Ewa Łętowska miała nosa, kiedy opłacało się stracić twarz


  Dr Leszek Pietrzak

fot: YouTube fot: YouTube

Profesor Ewa Łętowska w komunistycznej Polsce była fasadowym, milczącym Rzecznikiem Praw Obywatelskich (RPO). Dzisiaj jest zagorzałym obrońcą sędziowskiej kasty, atakując prezydenta i rząd. A wszystko to oczywiście w ramach obrony „demokratycznego państwa prawa”. Tak naprawdę prof. Łętowska jest rzecznikiem praw towarzyszy, postsowieckich elit władzy, które nie mogą pogodzić się z utratą władzy w Polsce.

Kasta ludzi wyjątkowych

20 maja w Katowicach odbył się Kongres Prawników Polskich (nomen omen, skrót KPP przywołujący skojarzenie z przedwojenną Komunistyczną Partią Polski, był niezłą recenzją tego kongresu). Wśród wielu zaproszonych gości pojawiły się prawnicze „autorytety”. Jednym z nich była wspomniana prof. Łętowska, która w czasach dyktatury Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka pełniła obowiązki pożytecznego idioty, firmując upadający reżim, który za wszelką cenę chciał pokazać światu, jaki jest demokratyczny. Gdy tylko pojawiła się na katowickim kongresie, witano ją tam z wielkimi honorami, niczym jakąś bohaterkę walki o wolną Polskę.

Większość uczestników KPP odczuwała potrzebę zademonstrowania politycznych sympatii. Oto bowiem gdy prezydencki minister Andrzej Dera odczytywał list głowy państwa skierowany do uczestników kongresu, a potem gdy swoje wystąpienie miał wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł, prawnicy zaczęli gremialnie buczeć, skandować „konstytucja”, a potem masowo wychodzić z sali. Takie zachowanie obecnych było nie tylko zwykłym chamstwem, ale również sygnałem tego, że biorący udział w Kongresie nie akceptują działań prezydenta i ministra sprawiedliwości. To była ich forma protestu przeciwko reformie wymiaru sprawiedliwości, która ma go usprawnić i dostosować do oczekiwań ludzi. Wielu Polaków, widząc takie zachowanie naszych prawników, było zdegustowanych, słusznie zauważając, że trudno jest w takiej sytuacji prowadzić konstruktywną rozmowę w sprawie projektowanych zmian. A taki właśnie postulat pod adresem naszych władz był od wielu miesięcy wysuwany przez prawnicze środowisko. Na ratunek KPP pośpieszyła prof. Ewa Łętowska. Oznajmiła, że zarówno list pana prezydenta, jak i wystąpienie wiceministra sprawiedliwości to były „godne pożałowania prowokacje. Jak zauważyła Łętowska, chodziło o to, by zebranych sprowokować do zachowań gwałtownych, a potem powiedzieć, że z sędziami rozmawiać się nie da. Jej zdaniem obecni na kongresie prawnicy byli zainteresowani merytoryczną dyskusją o funkcjonowaniu naszego wymiaru sprawiedliwości.

To nie pierwszy raz, gdy prof. Łętowska broni „kasty ludzi wyjątkowych”, które podlega innym regułom niż społeczeństwo. Jak podkreślił w swoim wystąpieniu jeden z uczestników, nie uważają oni narodu nawet za suwerena. Była rzecznik w ostatnich kilkunastu miesiącach zrobiła się bardzo aktywna, występując w mediach, uczestnicząc w wielu spotkaniach, na których krytykowała rząd i prezydenta, oskarżając ich o łamanie elementarnych standardów państwa prawa, co w jej przypadku brzmi raczej dość zabawnie.

Cena autorytetu

Ewa Łętowska (w marcu skończyła 77 lat) jest kreowana przez sędziów i salonowe media na wielki autorytet, którego głosu należy zawsze słuchać. Sama zresztą jest głęboko przekonana, że bez autorytetów nie dałoby się w Polsce normalnie funkcjonować.

Łętowska zawodową karierę zaczęła w latach 60. na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, którego jest absolwentem. Profesorem prawa została w 1986 r. i to był moment kluczowy w jej zawodowej karierze. Obok pracy w Zakładzie Prawa Cywilnego UW kierowała wówczas Zespołem Prawa Cywilnego w Instytucie Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk (PAN). Jej mąż, prof. Janusz Łętowski, był szefem tego Instytutu. Rok później została Rzecznikiem Praw Obywatelskich, nowej instytucji, której powołanie miało dowodzić, że prawa człowieka są w komunistycznej Polsce przestrzegane. Był to zabieg wizerunkowy wojskowego duetu dyktatorów (Kiszczak, Jaruzelski), czyniących już przygotowywania do rozmów z opozycją, celem których miało być „poszerzenie zaplecza społecznego władzy” i jej dalsze zachowanie. Łętowska przyjęła tę rolę, ignorując fakt, że w komunistycznej Polsce nadal mieliśmy do czynienia z aresztowaniami działaczy opozycji, biciem demonstrantów, szykanami ludzi i skrytobójczymi morderstwami. Ta przysługa została wynagrodzona (w końcu, jak mawiał komunista Stanisław Lec, trzeba mieć nosa, kiedy stracić twarz).

Była więc całkowicie ślepa i głucha, gdy 9 września 1988 r. działacze białostockiej Solidarności i Konfederacji Polski Niepodległej (KPN) napisali do niej list (jako do Rzecznika Praw Obywatelskich), opisując szykany i represje stosowane przez komunistyczną SB wobec ks. Stanisława Suchowolca – przyjaciela błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki, domagając się jej interwencji. Łętowska zbyła ten list całkowitym milczeniem. Jak pamiętamy, kilka miesięcy później, 30 stycznia 1989 r. ksiądz Suchowolec został zamordowany. Według oficjalnie przyjętej przez komunistyczne władze wersji ksiądz miał zatruć się czadem w swoim mieszkaniu.

Jako RPO Łętowska otrzymywała również od gen. Kiszczaka obszerne pisma, w których szef MSW przedstawiał jej działania, jakie podejmował wobec odbywających kary skazanych esbeków (G. Piotrowski, A. Pietruszka, L. Pękala i W. Chmielewski). Kiszczak sugerował wówczas m.in., że skazani mogli z więzienia podejmować działania zagrażające władzom PRL i ich międzynarodowemu wizerunkowi. Łętowska stała się więc wówczas wspólnikiem kłamstw Kiszczaka na temat mordu kapelana Solidarności, jakie serwowane były Polakom. Na pewno nie zrobiła nic, aby wyjaśnić nie tylko tę zbrodnię, ale i wiele innych, jakich ludzie bezpieki dopuścili się na polskich kapłanach w czasach Jaruzelskiego i Kiszczaka. Mowa przede wszystkim o zbrodniach, które dotknęły wspomnianego już ks. Suchowolca, ale także księży Stefana Niedzielaka i Sylwestra Zycha, zamordowanych w okresie gdy była ona Rzecznikiem Praw Obywatelskich. Także i później, w pierwszych latach III RP, Łętowska nie podjęła tematu skrytobójczych zbrodni ludzi bezpieki.

Po odejściu z funkcji RPO kariera Łętowskiej nabrała rozpędu. Na odchodne zdała bowiem egzamin z lojalności wobec komunistycznych elit. Dała się bowiem poznać jako zdeklarowana przeciwniczka lustracji. W roku 1992 podpisała się pod listem otwartym, potępiającym ujawnienie listy agentów przez Antoniego Macierewicza. Ale w zasadzie nie mogło to dziwić, skoro jej małżonek – Janusz Łętowski, wówczas sędzia w Izbie Administracyjnej Sądu Najwyższego, okazał się wieloletnim współpracownikiem komunistycznej SB o pseudonimie „Krytyk”. Tak naprawdę Łętowska była Rzecznikiem Praw Obywatelskich towarzyszy komunistów, a nie Rzecznikiem Praw Obywatelskich Polaków.

Obejmowała więc kolejne eksponowane funkcje i była obsypywana kolejnymi wyróżnieniami i nagrodami, co ugruntowało jej „autorytet”. W latach 1999–2002 była sędzią Naczelnego Sądu Administracyjnego (NSA), a w latach 2002–2011 sędzią Trybunału Konstytucyjnego (TK). Zaczęła zasiadać w najważniejszych korporacjach naukowych i wielu wpływowych organizacjach i fundacjach, takich jak Komitet Helsiński czy Rada Europejskiej Fundacji Praw Człowieka. Zaczęto obsypywać ją również licznymi odznaczeniami i nagrodami, m.in. Orderem Odrodzenia Polski dwukrotnie odznaczyli ją prezydenci Aleksander Kwaśniewski (1996 r.) i Bronisław Komorowski (2011 r.). Robili to także Niemcy, m.in. w 1995 r. nagrodzona została przez Fundację Friedricha Eberta za działalność w zakresie ochrony praw człowieka i umacnianie zasad państwa prawa. W 2000 r. uhonorowano ją medalem „Zasłużony dla Tolerancji”, przyznawanym przez Fundację Ekumeniczną „Tolerancja”. Została również wyróżniona przez wiele magazynów, m.in. miesięcznik „Twój Styl” uhonorował ją tytułem „Kobiety Roku”. Ewa Łętowska stała się w ten sposób wielkim „autorytetem”, który całe swoje życie walczył o prawa człowieka, tolerancję i poszanowanie prawa w naszym kraju. Dziś znowu musi spłacać długi za te zaszczyty i własną twarzą bronić towarzyszy, który tracą wpływy. Ma w tym wprawę, w końcu PRL się trudniej firmowało.

Gdy dzisiaj Łętowska, odziana w szaty „autorytetu”, puszy się i krytykuje PiS za rzekome łamanie podstawowych standardów demokracji i konstytucji oraz gani z tego powodu prezydenta i wiceszefa resortu sprawiedliwości, wydaje się to znowu być jakimś rechotem historii. I dlatego trudno jest uwierzyć, że Polska jest już normalnym krajem, w którym zło nazywa się złem, kłamstwo – kłamstwem, zdradę – zdradą, a bezprawie – bezprawiem.

Tekst  wzięty  z   https://warszawskagazeta.pl/kraj/item/4898-rzecznik-praw-towarzyszy-profesor-ewa-letowska-miala-nosa-kiedy-oplacalo-sie-stracic-twarz

, , , , ,