Niemcy wciąż mają krew na rękach! Naród odpowiedzialny za II wojnę światową, nie przestaje szokować


piątek, 17 listopad 2017

Aldona Zaorska

fot: pixabay.com fot: pixabay.com

W wyjątkowo żałosnym niemieckim filmie „Upadek” (2004 r., reż. Oliver Hirschbiegel) jest żenująca scena, kiedy to lekarz SS i Wehrmachtu prof. Ernst-Günther Schenck (reżyser pomija fakt, że wymyślił on plantację ziół leczniczych w obozie koncentracyjnym w Dachau) schodzi do piwnic w oblężonym przez Rosjan Berlinie i zatykając nos, ogląda wstrząsające obrazy

– bezradnych starych ludzi pozbawionych opieki, płaczące dzieci, którym zrozpaczone matki nie są w stanie podać choćby kubka wody, rannych błagających o morfinę, operowanych bez znieczulenia, którym zwykłą piłą odcinane są ręce i nogi.

Wymowa tej sceny jest oczywista – ma ona wzbudzić współczucie dla biednych, niewinnych niemieckich cywilów. Iście niemiecka tępa propaganda. Rzecz jasna, to ci sami cywile, którzy wybrali Hitlera i cieszyli się z bombardowania Wielunia i Warszawy, absolutnie nie przejmując się losem ich mieszkańców. W końcu wtedy chodziło o Polaków – „podludzi”. To oczywiście tylko film, ale dobrze oddaje kreowane z pasją kłamstwo i niemiecką obłudę, widoczną zresztą nie tylko w kinie. Oto Niemcy – naród, który wywołał dwie wojny światowe, jest odpowiedzialny za śmierć milionów ludzi, dziś kreuje się na ofiary drugiej wojny światowej i stroi w szatki humanitaryzmu, zarzucając innym nacjom bezduszność i… szerzenie nienawiści. Wszystko z powodu odmowy przyjmowania „imigrantów”. W gruncie rzeczy, formułując te oskarżenia i próbując narzucić innym realizację własnych planów, Niemcy robią to, co zawsze. Po dwóch wojnach i ludobójstwie, przeprowadzonych, by zwiększyć sobie „przestrzeń życiową”, znaleźli nowy sposób na zniszczenie tkanki Europy – państw narodowych. To sprowadzenie setek tysięcy imigrantów. Znaleźli nawet przywódcę, który ten chory plan realizuje. Mowa oczywiście o Angeli Merkel – kanclerz z szemraną i niejasną przeszłością.

Caryca czy pacynka?

Dziś mało kto pamięta, ale jeszcze w 2010 r. Angela Merkel była przeciwniczką przyjmowania imigrantów z Afryki w Europie. Jeszcze w połowie lipca 2015 r. mówiła, że niektórzy „uchodźcy” przebywający wówczas w Niemczech, będą musieli wyjechać. Zdanie zmieniła dwa tygodnie później – 31 sierpnia 2015 r. zapowiedziała: Wir schaffen das, czyli Damy radę. Lewicowe media natychmiast uznały te słowa za zaproszenie dla uchodźców i zapewnienie, że nie tylko Niemcy, ale i cała Unia Europejska dadzą im schronienie. Słowem – uznały Angelę za szefową całego kontynentu.
Jedną samowolną decyzją Angela Merkel otworzyła nie tylko granice Niemiec, ale i suwerennych państw, w imieniu których nie miała prawa się wypowiadać. Szybko okazało się, że Niemcy jednak nie dadzą rady, więc nieproszonych gości Angela postanowiła upchnąć w innych krajach, wykorzystując do tego unijne instytucje opanowane przez tępych lewaków, gotowych przyjąć nawet wszystkie piekielne legiony, byle tylko zniszczyć tożsamość narodową i chrześcijaństwo w Europie. Z punktu widzenia osobników pokroju wiecznie pijanego Junckera czy niedouczonego Schulza, Angela trafiła się im jak ślepej kurze ziarno. Niewykluczone zresztą, że po prostu realizowała instrukcje z centrali tajnego rządu światowego, jakiejś Grupy Bilderberg czy innego zgromadzenia tego rodzaju.
I może nawet cały plan by się udał, gdyby nie Węgry i Polska. Mechanizm relokacji „imigrantów” upadł z hukiem, a Angela została z gospodarką, która nie wytrzymuje ciężaru utrzymania roszczeniowo nastawionych „gości”, wzrostem zagrożenia terrorystycznego i przestępczości pospolitej oraz coraz bardziej zniecierpliwionym tym wszystkim społeczeństwem, co pokazały wyniki ostatnich wyborów za Odrą. Coraz trudniej jej także przekonać Europę, że miała rację. W efekcie dziś Angela stoi pod ścianą. I broni się jak może. Europie wciąż ma wiele do powiedzenia. Poza jednym. Odpowiedzią na zasadnicze pytanie: kto dał jej prawo wypowiadać się w imieniu mieszkańców całego kontynentu? Nawet jeśli tępe lewactwo obwołało ją cesarzową, to nie znaczy, że nią została. Zmagając się z falą „imigrantów”, Niemcy płacą dziś za swą politykę kolonialną i ludobójstwo, którego dopuszczali się w Afryce, zanim jeszcze zaczęli to samo robić w Europie. To nie ulega wątpliwości. Ale oczekiwanie, że dziś Polska, Węgry czy Czechy będą płaciły ich rachunki, to przejaw takiej samej buty, jaka kazała im 78 lat temu zdobywać przestrzeń życiową kosztem spalenia połowy Europy i wymordowania milionów jej mieszkańców. Nawiasem mówiąc, ten mord był realizowany w niemieckim obozie w Dachau – tym samym, w którym opisany wyżej „szlachetny” prof. Schneck zakładał plantacje swoich ziółek dla chorowitych Niemców. Angela dziś zdaje się realizować podobny plan – rozwalić Europę od środka, wprowadzić tysiące ludzi obcych jej kulturowo, groźnych dla jej bezpieczeństwa, niszczących tożsamość narodową i chrześcijańską cywilizację, by za parę lat, kiedy już wszędzie zapanuje chaos i bezprawie, niczym w sylwestrową noc w Kolonii, ogłosić, że tylko Niemcy zdołają go opanować. I zupełnie ją nie obchodzi, że poza tępym, sponsorowanym przez Georga Sorosa lewactwem, ten plan już nikogo nie interesuje. I nikt w Europie nie chce w nim uczestniczyć. Angeli to nie zraża.

Wara od Polski!

Zaledwie kilka dni temu kanclerz Merkel oznajmiła, że nadal opowiada się za „uczciwym” podziałem uchodźców i stwierdziła, że obecny stan rzeczy (w którym gros „imigrantów” siedzi w Niemczech), jest stanem „absolutnie niezadowalającym”. Jak dla kogo, droga pani Merkel. Dla Polski stan, w którym każdy polityk ponosi odpowiedzialność za swoje decyzje, jest całkowicie zadowalający. Uczciwie jest samemu karmić swoich gości, a nie upychać ich sąsiadom. Jeśli Niemcy zaprosili sobie terrorystów i gwałcicieli, to niech sobie z nimi radzą. Unia Europejska nie jest od załatwiania niemieckich interesów i – póki Polska oraz Węgry mogą jeszcze postawić veto chorym pomysłom – nie będzie. Jeśli chce Pani bawić się w „fürera” Europy – bardzo proszę, ale na własnym podwórku. Od ziemi polskiej – wara! Sami będziemy decydować, kogo, kiedy i na jak długo zaprosimy do naszego domu. Nikt, a już najmniej Niemcy, nie będzie nam dyktował, co mamy robić. Mówienie o uczciwości przez przywódcę narodu złodziei jest po prostu chore. Może nam szanowna pani kanclerz łaskawie powie, kiedy Niemcy oddadzą tysiące dzieł sztuki zrabowanych w naszym kraju? To byłoby uczciwe, nie sądzi Pani? Oddać to, co się ukradło. Co więcej, droga pani kanclerz – my mamy zobowiązania wobec naszych rodaków, wywiezionych tysiące kilometrów od domu, bo Niemcom i ich sojusznikom – Rosjanom zachciało się zniszczyć Polskę. Polacy trafili na Syberię, do Kazachstanu i w inne nieludzkie miejsca z winy tyleż Sowietów, co Niemców. Dopóki do ojczyzny nie wróci więc ostatni potomek wywiezionych Polaków, dopóki nie zapewnimy powrotu albo bezpieczeństwa wszystkim rodakom z Kresów, z Angelą Merkel możemy rozmawiać co najwyżej o terminie wypłaty reparacji wojennych, a nie o przyjmowaniu i utrzymywaniu terrorystów i gwałcicieli, których chce nam podrzucić.

Dosyć Mitteleuropy

Nie zrobi też na nas wrażenia cotygodniowe przesłanie Angeli Merkel do niemieckich obywateli (to chyba chętnie praktykowany w Berlinie zwyczaj). Może im pisać i codzienne instrukcje – proszę bardzo, ale przerzucanie tego, co ma do powiedzenia Niemcom, na mieszkańców innych państw Unii jest tyleż bezczelne, co głupie. Pomijając fakt, że po raz trzeci w sprawie „imigrantów” zmieniła zdanie, proponując tym razem wzmocnienie Europejskiej Agencji Straży Granicznej i Przybrzeżnej, co de facto oznacza uszczelnienie zewnętrznych granic Unii (czyli ograniczenie przyjmowania „imigrantów”), oczekiwanie, że ktokolwiek będzie ponosił cenę za jej błędy, jest idiotyczne. No, chyba że pani kanclerz będzie miała czelność wyjaśnić rodzicom młodych ludzi zamordowanych w zamachach terrorystycznych, ojcom zgwałconych dziewczynek i mężom podobnie potraktowanych kobiet, że „uczciwie” będzie, jeśli ze swoich podatków będą utrzymywać morderców i gwałcicieli jako swoich bezpośrednich sąsiadów, bo ona pomyliła się w rachubach i bawiąc się w fürera, rządzącego zgodnie ze swoją wizją całą Europą, znowu zaczęła ją po prostu niszczyć. Nawet ciekawie byłoby pewnie posłuchać takich tłumaczeń. Zanim to nastąpi, jednego nie da się ukryć. Angela jest naga. I jest to widok jeszcze gorszy niż na zdjęciu wykonanym za młodu, na którym paraduje „w stroju Ewy”. Jest przegrana. Nie ma racji i to widać. Dlatego nikogo (może poza dziennikarzami niemieckich gazet wychodzących w Polsce) nie powinno obchodzić jej zdanie. Nie jest nikim ważniejszym niż dowolnie wybrany przywódca dowolnego kraju Unii. Pora, by to do niej dotarło. Pora, by skorzystała wreszcie z okazji i siedziała cicho.

Tekst  wzięty  z  https://warszawskagazeta.pl/polityka/item/5271-niemcy-wciaz-maja-krew-na-rekach-narod-odpowiedzialny-za-ii-wojne-swiatowa-nie-przestaje-szokowac

, , , , , ,