[ Idą Święta. Tekst na czasie. J.B.]
dr Robert Kościelny
Oto mamy przed sobą radosne ustalenia stwierdzające jednoznacznie, że terror beztłuszczowej, a więc niesmacznej, choć zdrowej diety – jak nam wmawiano, teraz widzimy, że błędnie – powinien odejść do lamusa. Po raz kolejny, przynajmniej w tej sferze, potwierdza się zasada, że należy się trzymać starych dobrych rad naszych babć, bowiem ich opinie mają umocowanie w doświadczeniu wielu pokoleń, a nie w „najnowszych ustaleniach nauki”, które jutro trzeba będzie cichaczem odwoływać jako błędne i szkodliwe.
„No, Mietek, pedałów to ty z nas nie rób”, miał odezwać się na posiedzeniu Biura Politycznego Piotr Jaroszewicz, ówczesny premier rządu Peerelu, do Mieczysława Moczara. Chodziło o to, że były „partyzant” zaproponował mięso z konserw jako remedium na permanentny brak w sklepach „mięsa i jego przetworów”, jak ujmowała ten rodzaj asortymentu spożywczego ówczesna prasa. Było ono chętniej przez Zachód sprzedawane i po o wiele niższych cenach niż zwykłe. Chodziły jednak słuchy, że mięso z konserw powoduje u mężczyzn bezpłodność. Oczywiście przypadłość ta nie ma żadnego związku z problemem, o którym mówił premier, ale nie oczekujmy cudów od kacyków peerelowskich. Tak jak i od dzisiejszych, chciałoby się powiedzieć, ale się nie powie. Bo byłoby to nie na temat.
Niedawno świat, no, może nie cały, bo do nas chyba ta wiadomość jeszcze nie dotarła, obiegła informacja, że „opinia publiczna uwierzyła w zdrowotne właściwości diety o niskiej zawartości tłuszczów nasyconych… na swoją szkodę”. Po 40 latach od przyjęcia przez naukę o żywieniu dogmatu o wielkiej szkodliwości diety wysokotłuszczowej (chodzi o golonki, boczki, pączki, zawiesiste zupy i inne tego typu frykasy, które lubimy, choć wstydzimy się do tego przyznać, żeby nie wyjść na niemodnych wsioków) oraz zastosowaniu jej w praktyce przez dietetyków jako podstawowej wytycznej zdrowego odżywiania się – przyszła kolej na przeprowadzenie badań nad tym, co z tego dla zdrowotności wyniknęło. I co się okazuje? Twarde fakty są zatrważające: „Dieta o niskiej zawartości tłuszczu odejdzie w przeszłość jako najbardziej szkodliwa z tych, które człowiek stosował w całej swojej historii” – pisze dr Joe Kosterich – lekarz, konsultant medyczny, autor książek o zdrowiu, bloga o tejże tematyce oraz gospodarz audycji poświęconych prawidłowemu odżywianiu się.
W 2014 r. wyszło pierwsze wydanie książki Niny Teicholz The Big Fat Surprise: Why Butter, Meat, and Cheese Belong in a Healthy Diet (Gruba niespodzianka: Dlaczego masło, mięso i ser należą do zdrowej diety). Znajdziemy tam wykres przedstawiający odsetek osób otyłych w USA w latach 1971–2006. W pewnym momencie krzywa załamuje się, pokazując znaczny spadek liczby grubasów. Był to skutek upowszechnienia się diety niskotłuszczowej.
Jednym z argumentów osób zajmujących się zdrowiem publicznym jest to, że otyłość powoduje wzrost zachorowań na cukrzycę typu 2. Ale dane dotyczące sprzedaży warzyw, czerwonego mięsa, produktów zbożowych, olejów roślinnych i pełnotłustego mleka pokazują… dokładnie odwrotną zależność. Im więcej ludzie spożywają warzyw i owoców, a mniej mięsa i wysokotłuszczowego nabiału, tym krzywa cukrzycowa rośnie!
Na MedPage Today, amerykańskiej stronie internetowej skierowanej do lekarzy oraz osób zainteresowanych problematyką zdrowotną, możemy przeczytać, że w 2014 r. „Journal of the American Medical Association” (JAMA) przedstawił dane, z których wynika, że „zmniejszenie ilości spożywanego tłuszczu, zastępowanego węglowodanami, nie zmniejsza ryzyka chorób sercowo-naczyniowych”. Rok później „British Medical Journal” (BMJ) oznajmiał: „W 1983 r. wprowadzono rekomendację dla diety niskotłuszczowej dla 220 mln obywateli w USA i 56 w Wielkiej Brytanii, bez przeprowadzenia jakichkolwiek badań wykazujących słuszność podjęcia takiej decyzji”.
„To nie tłuszcz jest problemem, a węglowodany” – twierdzi MedPage Today. „Nie ma podstaw, aby uważać, że dieta pełnoziarnista obniżała ciśnienie krwi lub ma jakikolwiek pozytywny wpływ na zaburzenia naczyniowo-sercowe”. Wykazały to badania o nazwie PURE (Prospective Urban Rural Epidemiology). Przeprowadzano je na reprezentatywnej grupie 135 335 osób w wieku 35–70 lat, pochodzących z 18 krajów świata. Efekty tych prac wskazywały jednoznacznie, że nie ma związków między tłuszczem w diecie a niekorzystnymi skutkami zdrowotnymi. Stwierdzono natomiast, że dieta niskotłuszczowa (o wysokiej zwartości węglowodanów) była związana z wyższym odsetkiem chorób i zgonów!
Zarówno badania PURE, jak ich wyniki opublikowano w najnowszym wydaniu prestiżowego czasopisma medycznego „The Lancet” 390/10107 (4 listopada 2017 http://www.thelancet.com/journals/lancet/article/PIIS0140-6736(17)32252-3/fulltext).
Konkluzja jest jednoznaczna: „Wysokie spożycie węglowodanów było związane z wyższym ryzykiem śmiertelności, podczas gdy tłuszcz całkowity oraz poszczególne jego rodzaje były związane z niższą śmiertelnością. Zawartość w diecie tłuszczu nie miała związku z chorobami naczyniowo-sercowymi, mięśnia sercowego, zawałami, lub zgonami z powodu innych niż wymienione chorób krążenia. Natomiast obecność tłuszczu nasyconego w diecie miała odwrotny związek z udarem mózgu”. W świetle tych ustaleń należy zastanowić się nad zmianą rekomendacji rodzaju diety, uważają autorzy artykułu zamieszczonego w „The Lancet”.
Oto mamy przed sobą radosne ustalenia stwierdzające jednoznacznie, że terror beztłuszczowej, a więc niesmacznej, choć zdrowej diety – jak nam wmawiano, teraz widzimy, że błędnie – powinien odejść do lamusa. Po raz kolejny, przynajmniej w tej sferze, potwierdza się zasada, że należy się trzymać starych dobrych rad naszych babć, bowiem ich opinie mają umocowanie w doświadczeniu wielu pokoleń, a nie w „najnowszych ustaleniach nauki”, które jutro trzeba będzie cichaczem odwoływać jako błędne i szkodliwe.
Skoro objadanie się golonką i pączkami nie ma wpływu na choroby wieńcowe, to nic nas już nie może zdziwić. Nawet to, że ktoś kiedyś napisze – i nie byle gdzie, bo w prestiżowym czasopiśmie medycznym, takim jak np. „The Lancet” – iż związek między gorzałką a marskością wątroby nie jest wcale taki oczywisty, podobnie jak – raka z kopceniem fajeczek. Natomiast abstynenci, joggingowcy i rowerowcy niech uważają, bo uprawiany przez nich styl życia to kopanie sobie grobu. Na razie jeszcze nie ma takich publikacji w prestiżowych czasopismach, ale proszę spróbować pogrzebać we wnętrznościach internetowych, zapewne coś w tym stylu się znajdzie. I to podparte badaniami i opiniami utytułowanych ekspertów.
Ale co wspólnego z poruszonym tematem ma wypowiedź Jaroszewicza? Właściwie nic. Chociaż zawsze przychodzi mi ona na myśl, gdy widzę te wszystkie wychudzone dziewczyny machające suchymi nóżkami w reklamach, aby za pomocą ciosu z półobrotu powalić stos tłustego jadła lub zareklamować nowe panaceum na nietrzymanie moczu. Gdy patrzę na suchą, żylastą, umięśnioną i często krótko obciętą dziewczyninę, która udaje Rambo, to rośnie we mnie przekonanie, że ten wzorzec seksapilu podsuwa nam jakieś pedaliszcze, chcące zatrzeć optyczną różnicę między kobietą a mężczyzną. Może przedstawione wyniki badań ośmielą panie do zadbania o swoje krągłości? A łykowata chłopczyca w końcu wypadnie z ekranu telewizora niczym Daisy Domergue z dyliżansu. Kto nie wie, o czym mówię, niech obejrzy „Nienawistną ósemkę” Quentina Tarantino.
Tekst wzięty z https://warszawskagazeta.pl/kraj/item/5331-tyjmy-dlugo-i-szczesliwie-falsz-niskotluszczowej-diety
