
Sergiusz Muszyński
Brak publikacji pseudoorzeczeń Trybunału Konstytucyjnego nie stworzy w polskim systemie prawa żadnego dualizmu. Nie pozwala na to ani Konstytucja, ani rzeczywisty skutek wyroków TK. Nie dajmy sobą manipulować zbuntowanym korporacjom.
Zbuntowane korporacje
Od kilkunastu dni opozycja straszy Polaków kolejną rzekomą tragedią – powstaniem dualizmu prawnego. Miałby on powstać w efekcie sporu o Trybunał Konstytucyjny, kiedy z jednej strony niepublikowane orzeczenia TK będą honorowane przez zbuntowane sądy i jednostki samorządu terytorialnego, a nieprzestrzegane przez administrację rządową.
Tego rodzaju bzdury można byłoby zostawić bez komentarza. Ale kiedy do ich opowiadania, obok łatwowiernych dziennikarzy, włączają się osoby z tytułami naukowymi i piastujące poważne funkcje państwowe, chcąc manipulować społeczeństwem, należy to wyjaśnić.
Po pierwsze, system prawa jest jeden. Określa go art. 87 konstytucji, który tworzy katalog źródeł prawa. Są to: konstytucja, ustawy, ratyfikowane umowy międzynarodowe oraz rozporządzenia oraz – lokalnie – akty prawa miejscowego. Nie ma tu orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego, i prawnikom z tytułami wypadałoby to wiedzieć.
Po drugie, orzeczenia TK mogą na treść tego system pośrednio ingerować, ale tylko wtedy, gdy nabędą moc obowiązującą, a więc wejdą w życie. A zgodnie z art. 190 ust. 3 konstytucji, wchodzą w życie z momentem ogłoszenia (zasadniczo w Dzienniku Ustaw), chyba że TK określi w tym zakresie inny moment, odsuwając ten termin. W ten sposób wyroki TK, jako sądu prawa, różnią się od wyroków sądów powszechnych, które ogłaszane są tylko na sali rozpraw. I zbuntowana korporacja prawnicza o tym dobrze wie, tylko grą słów „ogłoszenie-publikacja” usiłuje oszukać tu społeczeństwo.
Strachy na Lachy
Po trzecie, dla rzeczywistych skutków prawnych ważny jest też rodzaj sprawy, w której Trybunał wydaje swoje orzeczenie. I tak w sporze kompetencyjnym między dwoma organami, obie zainteresowane strony toczące konkretny spór otrzymują odpisy wyroku TK, który działa tylko w stosunku do nich. Ewentualna publikacja jest dla nich ambiwalentna. Z podobną sytuacja mamy w wyniku orzeczenia wydanego w efekcie skargi konstytucyjnej lub pytania prawnego. One też nie oddziałują na system prawny, ponieważ dotyczą sytuacji zindywidualizowanych, a orzeczenia trafiają odpowiednio do skarżącego lub sądu pytającego. Ich efektem jest później indywidualne rozstrzygniecie, bo polskie prawo nie jest prawem precedensowym. Istnienie czy brak publikacji jest bez tu znaczenia.
Także brak publikacji rozstrzygnięcia w sprawach abstrakcyjnej zgodności norm ustawy (lub innych aktów prawnych) z konstytucją nie grozi dualizmem. Wydając je Trybunał również nie tworzy żadnych norm prawnych.
Nie ma przecież do tego kompetencji (patrz art. 188-189 konstytucji). On tu orzeka, czy badana norma jest zgodna lub niezgodna z konstytucją. Jeśli uzna jej zgodność, nie wpływa tym samym na stan prawny. Jeśli uzna niezgodność, deroguje normę z systemu prawnego. Nie następuje to jednak z chwila wydania wyroku, ale z momentem, w którym orzeczenie zaczyna obowiązywać, czyli najwcześniej z dniem ogłoszenia (publikacji w dzienniku ustaw). Do tego czasu, każdy podmiot jest zobowiązany postępować zgodnie z zaskarżoną normą, która formalnie jest konstytucyjna.
Ale nawet gdyby członkowie zbuntowanej korporacji prawniczej chcieli łamać prawo i stosować orzeczenia bez czekania na publikację, nadzieje opozycji na bałagan w kraju spełzną na niczym. Takie działanie jest niemożliwe z powodów racjonalnych. W sentencji wyroku TK znajdujemy przecież jedynie zapis, że konkretna norma „jest niezgodna z konstytucją”. Efekt ma charakter tylko formalny, bo dla osiągnięcia skutku rzeczywistego potrzebna jest tu jeszcze interwencja ustawodawcy, który musi na tej podstawie zrobić coś, czego Trybunał nie jest w stanie. Musi stworzyć nową normę prawną w ramach katalogu źródeł prawa (art. 87 konstytucji).
Bezsilność buntowników
Bardzo prosto można to zrozumieć na przykładzie jednego z ostatnio wydanych przez TK pseudowyroków, a mianowicie orzeczenia w sprawie P5/14 (Podział gminy na okręgi wyborcze; odwołanie od orzeczenia Państwowej Komisji Wyborczej). Czytamy tam:
Art. 420 § 2 zdanie drugie ustawy z dnia 5 stycznia 2011 r. – Kodeks wyborczy (Dz. U. Nr 21, poz. 112, ze zm.) jest niezgodny z art. 45 ust. 1 w związku z art. 77 ust. 2 oraz z art. 165 ust. 2 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej.
Uznane za sprzeczny z konstytucją zdanie 2 do art. 420 § 2 kodeksu wyborczego brzmi:
(…) Od orzeczenia Państwowej Komisji Wyborczej nie przysługuje środek prawny.
I co wynika w rzeczywistości z tego orzeczenia? Formalnie, że powinna istnieć możliwość odwołania się do sądu. Ale faktycznie, kompletnie nic. Wyobraźmy sobie, że w najbliższych wyborach, opozycja chciałaby wykorzystać ten pseudowyrok. Powstaje pytanie do jakiego sądu kierować odwołanie? Powszechnego czy administracyjnego? Na jakim szczeblu? Rejonowym czy okręgowym. A może do Sądu Najwyższego lub NSA? Bez zmiany ustawy przez Sejm, mogą sobie pisać na przysłowiowy Berdyczów.
I tak będzie z każdym orzeczeniem TK w sprawie zgodności ustawy z konstytucją. Dla zbuntowanych sądów i organów samorządowych będzie jak wyrocznia delficka. Nikt nie będzie w stanie go wykonać. Brak publikacji może więc wywołać najwyżej niejasności w obowiązującym prawie, ale nie stworzy żadnego drugiego obiegu prawnego.
To z kolei prowadzi do puenty, że chyba zbyt dużo czasu minęło, odkąd pani prezydent Warszawy i pani Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego ostatni raz widziały na oczy Konstytucję. Może czas do tej książeczki ponownie zajrzeć.