Historia pewnej głupawki, czyli jak Obama broni demokracji w Polsce i gromi Dudę


za:   http://wpolityce.pl/swiat/299739-historia-pewnej-glupawki-czyli-jak-obama-broni-demokracji-w-polsce-i-gromi-dude

Stanisław Janecki

PAP/EPA
PAP/EPA

Szczyt NATO w Warszawie doszedł do skutku, jest ważny, gromadzi absolutną światową ekstraklasę polityczną i zapisze się w historii, szczególnie Europy Środkowo-Wschodniej, więc trzeba obrzydzić polskich organizatorów. Ruszyła więc najpierw opowieść, że to wszystko zasługa Bronisława Komorowskiego i Tomasza Siemoniaka. Potem obrzydzano ministra obrony Antoniego Macierewicza i pomniejszano zasługi prezydenta Andrzeja Dudy.

A tuż przed rozpoczęciem szczytu rozpoczęła się ulubiona zabawa, czyli narracja o tym, jak to Barack Obama będzie stawiał Andrzeja Dudę na baczność i wygarniał mu wielkie zbrodnie kaczystowskiego reżimu przeciwko demokracji. W ogóle Obama przylatuje tylko po to, żeby wygarniać, napominać i piętnować reżim, bo inaczej jego noga w Warszawie by nie postała. Wystarczą dwa zdania drugorzędnego amerykańskiego urzędnika, żeby snuć podobne opowieści. A ten urzędnik drugiego rzutu musi coś powiedzieć, żeby nakarmić lewicowe media wschodniego wybrzeża USA, bo inaczej rzuciłyby się Barackowi Obamie do gardła, że nie dość broni demokracji i podstawowych wartości. A potem prezydent Obama mógłby powiedzieć prezydentowi Dudzie „dzień dobry” i to wystarczyłoby, żeby lewicowe media wschodniego wybrzeża USA twierdziły, iż zrobił to tonem surowej nagany, ostrzeżenia i troski o Trybunał Konstytucyjny oraz Andrzeja Rzeplińskiego.

Tylko w marzeniach czy pobożnych życzeniach amerykańskich lewicowych mediów i polskich antykaczystowskich nawiedzonych prezydent supermocarstwa przed i w trakcie szczytu NATO zajmuje się Andrzejem Rzeplińskim i jego poletkiem, fobiami Adama Michnika, mądrościami Aleksandra Smolara, opiniami Adama Strzembosza czy psychoanalizą Jadwigi Staniszkis. Owszem, może wspomnieć o wspólnych wartościach, żeby „nakarmić trolli”, ale przecież Barack Obama jest poważnym człowiekiem. W przeciwieństwie do tych, którzy oczekują, iż będzie się zajmował problemami prezesa Rzeplińskiego. Cała ta narracja to bzdura, bo system bezpieczeństwa w Europie po 1990 r., czyli de facto na świecie, oparty na NATO i amerykańskiej obecności nie zależy od dylematów i fobii Rzeplińskiego, Michnika czy męża Anne Applebaum. Ten system nie byłby nic wart, gdyby zależał od aktualnej oceny polskiej demokracji i rządów PiS przez tych w Polsce, którzy są opętani nienawiścią do PiS czy gdyby zależał od oceny lewicowych mediów wschodniego wybrzeża USA.

Amerykanie mają w Polsce i w Europie swoje bardzo ważne interesy, a przede wszystkim cele strategiczne, czyli utrzymanie zdobyczy uzyskanych po 1990 r. Amerykanie oczywiście wykorzystują wewnętrzny polski konflikt o Trybunał Konstytucyjny, konkretne ustawy czy stan demokracji, bo chcą w ten sposób ugrać różne ustępstwa w kwestiach naprawdę ważnych, czyli przede wszystkim kontraktów zbrojeniowych wartych ponad 90 mld zł. Chodzi o śmigłowce, samoloty bezzałogowe czy systemy obrony powietrznej, w tym antyrakietowe. Jasno tego dowodzi niedawne wstępne porozumienie z koncernem Raytheon w sprawie systemów obrony przeciwrakietowej. Istotne są więc interesy największych amerykańskich firm zbrojeniowych, takich jak Lockheed Martin, Boeing, Raytheon, Northrop Grumman, General Dynamics, United Technologies czy BAE Systems.

Amerykanie chcą też „zmiękczyć” polskie władze w sprawie Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP), czyli w kwestii umowy o utworzeniu strefy wolnego handlu pomiędzy USA a Unią Europejską. Zmiękcza polskie władze na bieżąco ambasador w Warszawie Paul Jones, a nadzwyczajnie np. Daniel Fried, były ambasador w Polsce, potem asystent sekretarza stanu i szef Biura ds. Europy i Eurazji, a obecnie koordynator polityki sankcji. Zmiękczała Victoria Nuland, szefowa Biura ds. Europy i Eurazji w Departamencie Stanu. Zmiękczali w specjalnym liście senatorowie John McCain (w 2008 r. kandydat republikanów na prezydenta USA), oraz demokraci Dick Durbin (wiceprzewodniczący republikanów w Senacie) i Ben Cardin. Najbardziej polskie władze zmiękcza się w mediach, np. robi to w CNN Fareed Zakaria oraz zapraszana przezeń Anne Aplebaum. Robili Bruce Ackerman i Maciej Kisilowski w artykule „Obama jedyną nadzieją Polski”, w piśmie „Foreign Policy”. Robili Daniel Kelemen i Mitchell Orenstein w „Foreign Affairs”. Najaktywniej robi to redakcja „New York Timesa”, najczęściej piórami dziennikarzy „Gazety Wyborczej”.

Ponad medialnymi bzdurami i histerią istnieje coś takiego jak strategiczny sojusz polsko-amerykański wynikający z tego, że miejsce Polski w systemie bezpieczeństwa po 1990 r. w Europie jest kluczowe i niemożliwe do zastąpienia. Polska jest i pozostanie bardzo ważnym państwem w systemie bezpieczeństwa europejskiego i NATO, a przez to jest strategicznym sojusznikiem USA, głównie ze względu na swoje położenie oraz potencjał. Zanegowanie pozycji naszego kraju w systemie bezpieczeństwa NATO z powodu problemów Andrzeja Rzeplińskiego czy fobii Adama Michnika jest przejawem infantylizmu. Prof. Rzeplińskiemu czy redaktorom gazety Sorosa mogą to w prosty sposób wytłumaczyć sekretarz obrony Ashton B. Carter, szef sztabu US Army gen. Mark A. Milley, dowódca US Army Europe gen. Ben Hodges, dowódca sił NATO w Europie gen. Philip M. Breedlove, szef Dowództwa Operacji Specjalnych gen. Raymond A. Thomas czy szef Centralnej Agencji Wywiadowczej John Owen Brennan.

Szczyt NATO w Warszawie z udziałem m.in. prezydenta Baracka Obamy nigdy nie był zagrożony, bo wzmocnienie obecności sił sojuszu w Polsce czy państwach bałtyckich jest ważne strategicznie. Podobnie jak budowa elementów tarczy antyrakietowej w Redzikowie. Gdyby Polska pod rządami PiS i prezydenta Andrzeja Dudy nie była demokratyczna, wiarygodna i przewidywalna, tego wszystkiego by nie było. A medialne ataki, momentami graniczące z wścieklizną, są po prostu wyrazem bezradności. Albo złości, że nawiedzeni obrońcy demokracji w Polsce przegrywają, gdy chodzi o konkrety i realia, a nie górnolotne deklaracje i wymyślone zagrożenia. Cała historia obrony demokracji w Polsce przez Baracka Obamę i powiązanie tego ze szczytem NATO jest w tym kontekście zwykłą histerią i banalną głupawką.