z: http://naszeblogi.pl/63773-dotacja-ministerialna
Marcin B. Brixen
Klasa Łukaszka, pod opieką pani od polskiego, wybrała się do Warszawy. Zwiedzili muzeum Powstania Warszawskiego imienia Lecha Kaczyńskiego, muzeum Lecha Kaczyńskiego imienia Żołnierzy Wyklętych i muzeum Żołnierzy Wyklętych imienia Powstania Warszawskiego.
– Mamy jeszcze jakieś dwie godziny – pani od polskiego spojrzała na zegarek. – Proponuję czas wolny. Zbiórka tu, gdzie teraz jesteśmy, pod ministerstwem…
– A ministerstwa nie można zwiedzić? – przerwał okularnik z trzeciej ławki zaglądając ciekawie za sztachety płotu.
– Co też opowiadasz! – żachnęła się pani, ale naciskana przez uczniów poszła się spytać. Wróciła bardzo zaskoczona.
– Zgodzili się! Doprawdy, nie wiem co o tym myśleć. Zachowujcie się porządnie, bo jak któreś z was zastrzeli ochrona, to sam się potem będzie tłumaczył rodzicom!
I weszli.
Przyjął ich sam minister, osobiście.
– Nie jest pan zajęty? – zdumiała się polonistka.
– Nie – uśmiechnął się szeroko minister.
– A co pan robi? – zainteresował się Gruby Maciek.
– Pracuję. Bo w porównaniu do poprzedników my pracujemy i zajmujemy się tym, by efekty naszej pracy odczuli wszyscy Polacy.
Odezwał się Łukaszek:
– Mąż mojej dozorczyni kazał mi się spytać czy będzie program wódka plus?
– Nie… Ale… To całkiem ciekawy pomysł – minister podszedł do tablicy i sięgnął po mazak. – Pozwolisz, że zanotuję?
– Panie ministrze – szepnęła z rozpaczą pani od polskiego. – Wódka piszemy przez o kreskowane…
W tym momencie otwarły się drzwi gabinetu i wszedł jakiś facet w średnim wieku z papierem w ręku.
– O – powiedział zdziwiony. – Zenona nie ma?
– Jakiego Zenona? – spytał minister.
– No, Zenona ministra.
– Zenon już od ładnych paru lat nie jest ministrem.
– A – stropił się facet z papierem.
– A o co chodzi? Daj no pan te kartki… Co? Dotacja? I to za co?! Składa pan wniosek o dotację?!
– Kiedyś co roku składałem.
– I co, dawali?
– Nie, musiałem się odwoływać do ministra. Przychodziłem do Zenona i on mi dawał.
Minister był bardzo wzburzony.
– Ale wie pan, teatr, sztuka… – próbowała mediować pani od polskiego.
– Jaki teatr? – zdziwił się facet. – Ja robię galanterię betonową. Bloczki, krawężniki, płytki chodnikowe…
Pani polonistka sięgnęła po polszczyznę soczystą, poprosiła pana by gwałtownie się oddalił i dodała, że sprzedaż owej galanterii powinna być źródłem jego utrzymania, a nie ministerialne dotacje.
– Jak to??? – oczy faceta zrobiły się okrągłe ze zdziwienia. – Mam żyć z tego co mi klienci dadzą?! Ależ to… To jest… Niezgodne z demokracją! Duszno mi! Boję się!