W ubiegłym tygodniu bardzo było głośno o wypowiedziach dwóch polityków. Najpierw w wywiadzie dla niemieckiego „Die Welt” minister spraw zagranicznych Luksemburga Jean Asselborn zagroził: „Kto jak Węgry buduje płoty przeciwko uchodźcom lub narusza wolność prasy i niezależność wymiaru sprawiedliwości, ten powinien zostać czasowo, a w razie konieczności na stałe wykluczony z UE”.
Drugi Luksemburczyk, przewodniczący Komisji Europejskiej, Jean-Claude Juncker w swoim godzinnym wystąpieniu o stanie Unii Europejskiej nie ukrywał, że UE znajduje się w kryzysie, ale wśród zagrożeń ani razu nie wymienił
agresywnej polityki putinowskiej Rosji i nie wspomniał o demograficznej zapaści, kryzysie wartości, niszczeniu rodziny oraz gospodarczej stagnacji w Europie. Jego receptą na wyjście z kryzysu jest więcej integracji i centralizacja władzy, czyli na głód i wymieranie najskuteczniejszym sposobem według niego jest więcej sowchozu i kołchozu. Postawa Junckera nie dziwi, bo nie jest tajemnicą, że jak na prawdziwego bolszewika przystało, komisarz lubi sobie dobrze wypić i zakąsić, by później budować ten nowy wspaniały świat bez granic, zasad, wartości i religii złożony z posłusznych, świetnie wytresowanych konsumentów. Takiej utopii nie da się przecież urzeczywistniać na trzeźwo.
A co jeżeli komuś zamarzy się żyć według starych zasad i praw boskich? Tu Juncker nieco innymi słowami mówi to samo co jego żądny międzynarodowej kariery krajan cytowany powyżej: „Tylko ci, którzy akceptują przypływ osób, mogą mieć dostęp do rynku wewnętrznego”. Jednym słowem podobnie jak w powieści Huxleya „Nowy wspaniały świat” dla „dzikusów”, którzy chcą żyć po bożemu, przewidziano stworzenie specjalnego Rezerwatu.
Jak wiemy idący w 1920 r. na Warszawę bolszewicy, zdobywając po drodze kolejne polskie wsie i miasteczka, natychmiast ustanawiali tam swoje władze, powołując wiejskie i miejskie komitety rewolucyjne „rewkomy”, na których czele, jako figurantów, częsta stawiano miejscowych zapijaczonych parobków lub komunizujących robotników, którzy mogli upajać się władzą polegającą głównie na mordach i grabieży cudzego majątku. Sądzę, że na tej samej zasadzie Berlin nadaje znamiona władzy i nagłaśnia takich zakompleksionych typków jak Juncker czy Asselborn pochodzących z państewka o wielkości powiatu słupskiego i liczbie ludności Poznania. Takie małe, obrzydliwe w swym służalstwie ludziki niezdolne do żadnych refleksji o chorych ambicjach niszczą Europę. Przesadzeni nagle z osłów na europejskiego okulałego rumaka dla utrzymania swoich pozycji będą grzecznie wykonywać każde nawet najbardziej szkodliwe i absurdalne rozkazy.
To nie przypadek, że na czele Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego stoją dwaj alkoholicy, którym marzy się jak najwięcej niekontrolowanej władzy. Juncker i Schulz to takie dwa wsiowe niewylewające za kołnierz parobki postawione na czele europejskiego rewkomu. Oczekiwanie od nich prawdziwych, przenikliwych diagnoz i mądrych recept jest naiwnością, żeby nie powiedzieć głupotą. To Schulz ostatnio bez żadnych konsultacji wyznaczył następnego euroidiotę Guya Verhofstadta do roli negocjatora warunków wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. I tak oto mamy cały brukselski gang Olsena w akcji.
Na nasze szczęście Europa zaczyna się budzić i miejmy nadzieję, że uda się rozgonić tę lewacką swołocz chodzącą na pasku masońskich ideologów i żądnych hegemonii Niemiec. Ważne, żeby narody zrozumiały w końcu powagę tego lewackiego zagrożenia.
