[ Czyja jest Warszawa? Czyje są kamienice? J.B. ]
z: http://polskaniepodlegla.pl/opinie/item/9872-tylko-u-nas-grzegorz-braun-komu-kamienice
Grzegorz Braun
Tak zwana afera reprywatyzacyjna w mieście stołecznym Warszawie nie doczekała się jeszcze wprawdzie żadnej konkretnej konkluzji prawnej – ale jej owoce są już imponujące. Pierwszy zauważalny jej efekt uboczny to wylansowanie nowego ugrupowania „Miasto jest nasze” wraz z łatwo identyfikowalnym liderem Janem Śpiewakiem – to już niemal gotowy polityczny „start-up”, obiecujący projekt, w który wstępnie już ktoś zainwestował i który będzie jak znalazł na następne wybory samorządowe.
Być może propagandystom PiS zdawało się, że lansując Śpiewaka, zyskują poręczny „młot na Bufetową”, ale kto wie, czy nie przyczynili się raczej do wykucia miecza obosiecznego, który łatwo obrócić się może przeciwko nim samym. Wszak pan Śpiewak dał już pokaz swoich możliwości, biorąc udział w medialnym dyscyplinowaniu Antoniego Macierewicza, poprzez publiczne kojarzenie jednego z wiceministrów MON z ww. aferą. Sama nazwa jego formacji brzmi zresztą tyleż dziarsko, ile enigmatycznie: „Miasto jest nasze”, a więc czyje właściwie? Co do samego pana Śpiewaka, to określił się on bardzo wyraziście a zwięźle zarazem we fragmencie reportażu Piotra Pacewicza („Gaz. Wyb.” listopad 2015), który warto zacytować: „Żydowskość powoli się rozpuszcza, także za sprawą mody, która przyciąga gojów i »pół-Żydów«. Martwi się tym (może niesłusznie?) Jan Śpiewak (1987), socjolog i aktywista miejski: »Jesteśmy jednym z ostatnich pokoleń, potem już będą takie popłuczyny«”.
Podobnie jak red. Pacewicz nie wiemy, czy ma nas bardziej martwić czy cieszyć nakreślona przez Śpiewaka perspektywa. Ale dzięki takiej autoprezentacji być może nieco lepiej zrozumieć da się fakt, że sprawa przekrętów związanych z odzyskiwaniem warszawskich nieruchomości wzbudziła spore zainteresowanie także poza polskim obszarem geograficznym i językowym. Szczególna rzecz, że gdziekolwiek poza Polską wspominano o tym, czyniono to z reguły w specyficznym kontekście żydowskich roszczeń majątkowych. Prawdę mówiąc, cała afera nieruchomości warszawskich sprowadzana była do tego właśnie zagadnienia, zwłaszcza w mediach związanych z państwem i diasporą żydowską pisano o tym tak, jakby chodziło WYŁĄCZNIE o żydowskie kamienice zrabowane niegdyś prawowitym właścicielom przez nieco enigmatycznych, na ogół niedefiniowanych narodowo nazistów i komunistów, a następnie uparcie niezwracanych przez ściśle już określonych Polaków. Skoro więc publiczność zagraniczna została już wstępnie oswojona z tymi przykrymi faktami: krzywdą Żydów i nieuczciwością Polaków, to z pewnością wielu czytelników z radością przyjmuje nową falę publikacji na temat nieruchomości warszawskich.
Oto bowiem przed tygodniem spora liczba żydowskich portali przyniosła wiadomości o wydźwięku zdecydowanie optymistycznym. „Po raz pierwszy Polska zwraca domy ocalonym z Holokaustu”; „Polskie prawo umożliwia Żydom odzyskanie domów zrabowanych przez nazistów” – entuzjazmowali się jedni, podczas gdy drudzy konkretyzowali wskazówki: „Polska grupa do spraw restytucji uruchamia bazę danych zrabowanych żydowskich majętności w Warszawie”; „Nowa baza danych ma pomóc ocalonym z Holokaustu w odzyskaniu mienia w Warszawie”. Jednocześnie na stronach głównej organizacji zajmującej się lobbingiem w tej sprawie WJRO (World Jewish Restitution Organisation – Światowa Organizacja ds. Restytucji Żydowskich) otwarto specjalne zakładki prowadzące do takiej „bazy danych” (patrz: http://wjro.org.il/our-work/property-restitution-in-warsaw/ albo http://warsawproperty.org), można tam istotnie znaleźć listę, na której znajdują się adresy nieruchomości, co do których złożono kiedyś wnioski restytucyjne, ale procedura nie była z jakichś względów kontynuowana. Ten spis inwentarza sporządzony został i opublikowany parę miesięcy temu przez władze miasta Warszawy jako jeden z załączników do tzw. białej księgi, która stanowić miała wszak odpowiedź na nawoływania do „impiczmentu” Hanny Gronkiwicz-Waltz” (patrz: Załącznik nr 2. Wykaz postępowań dekretowych w toku z uwzględnieniem spraw, w których została wydana decyzja indemnizacyjna przez Ministra Finansów, ss. 322–424).
Po bardziej szczegółowym rozeznaniu sprawy w publikacjach żydowskich wstępny entuzjazm ustąpił miejsca studzeniu nastrojów: „Ocaleni z Holokaustu mają sześć miesięcy na odzyskanie mienia utraconego w Warszawie”; „Ocaleni z Holokaustu spieszą, by sprostać ostatecznym terminom roszczeń wobec Polski”. Po tygodniu zaś pojawił się nawet ton gniewnego rozczarowania, np. w izraelskim „Haaretz”: „Zdaniem ekspertów nowe polskie prawo o zwrocie mienia zatrzaskuje drzwi przed żydowskimi spadkobiercami. Wbrew wstępnym optymistycznym doniesieniom nie sposób sprostać nałożonym przez prawo terminom”.
Osobną ciekawostką jest tradycyjne już utrzymywanie przez polskojęzyczne media „ciszy w eterze”, jakby cała ta sprawa w ogóle nas nie dotyczyła i nie miała znaczenia dla przyszłości Rzeczypospolitej.
Niezależnie jednak od tego, kto i na ile pomylił się w ocenie sytuacji, w sprawie żydowskich roszczeń majątkowych wobec Polski zbliżamy się do jakiegoś rozstrzygnięcia, a w każdym razie znaczącej kulminacji. Warto mieć świadomość, że z perspektywy żydowskich szantażystów i cwaniaków usiłujących od lat dokonać na nas wymuszenia rozbójniczego bądź też, jak kto woli, kradzieży zuchwałej, a chcących przy tym jeszcze ustanowić precedens, który bezprawiu nada pozór legalności, rozbój w biały dzień usprawiedliwi jako rzekomy akt sprawiedliwości dziejowej, żadne niekorzystne dla nich rozwiązania nie będą uznawane za ostateczne. Jeśli więc nawet oczekiwania Żydów nie zostaną zaspokojone nieruchomościami warszawskimi, to z całą pewnością zmotywuje ich tylko do intensyfikacji działań na innych frontach, z użyciem innego instrumentarium polityczno-propagandowego. Może zresztą taktyczna porażka żydowskich specjalistów od wyłudzeń akurat w przypadku kamienic warszawskich posłużyć ma jako zasłona dymna, przesłaniająca jakąś inną kombinację, inny pomysł na „zwrot” urojonych należności w naturze? Bo że cała sprawa nie ma żadnych podstaw prawnych ani logicznych, ani historycznych, tej oczywistości nie będziemy tu po raz nie wiadomo który już tłumaczyć.
Tak czy inaczej, teraz właśnie polscy państwowcy powinni zachować szczególną czujność, nie dopuścić, by opinia publiczna zapadła w sen głębszy niż dotychczas, a to oznacza przede wszystkim konsekwentne zadawanie pytań o treść rozmów i charakter zobowiązań zaciąganych przez warszawskich polityków w kontaktach z przedstawicielami państwa i diaspory żydowskiej. Bo przecież nadal nie wiemy, co właściwie w tej kwestii zadeklarował prezydent Duda w Nowym Jorku, a premier Szydło w Tel Awiwie i Londynie. A nie darmo przecież żydowscy lobbyści doprowadzili w końcu do uznania ich żądań za zasadne przez elity władzy większości mocarstw. Bądź co bądź, specjalne komunikaty zgodnie stwierdzające potrzebę wywierania w tej sprawie nacisków na Warszawę sygnowali w ostatnich latach kongresmeni amerykańscy i lordowie brytyjscy, i parlamentarzyści eurokołchozu. Nie po to przecież inwestuje się pieniądze w propagandowe uzasadnienia „restytucji” w myśl nieśmiertelnej strategicznej dyrektywy Israela Singera o „upokarzaniu Polski na arenie międzynarodowej”, póki żydowskich uroszczeń nie spełni, nie po to płaci się pensje takim osobnikom jak Gideon Taylor (WJRO, konsorcjum organizacji żydowskich) czy Bobby Brown (HEART, izraelskie quasi-ministerstwo), żeby teraz akurat odtrąbić odwrót.
—
