Jak to się stało, że w ciągu ostatnich 20 lat przeciętny maturzysta osiągnął poziom niższy od ucznia V klasy szkoły podstawowej w PRL?


z:http://dakowski.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=19511&Itemid=119

Izabela BRODACKA

Mam przed sobą zbiór zadań do matematyki dla klasy V-VI szkoły podstawowej. Autorzy: Tadeusz Korczyc i Jerzy Nowakowski. Wydawnictwo WSiP 1985. Z tego zbioru korzystały moje dzieci. Chodziły do zwykłej, dzielnicowej,  mocno skomunizowanej szkoły  imienia Wojska Polskiego,  razem z dziećmi lokalnego marginesu. Ani moje dzieci, ani dzieci marginesu, które przychodziły czasami do mnie z zadaniami z matematyki nie miały z ich zrozumieniem żadnych poważnych problemów.

Daję zadanie z tego zbioru tegorocznym maturzystom, których douczam w ramach kursu przygotowawczego.

Oto inkryminowane zadanie: „Doświadczenie polega na trzykrotnym rzucie monetą. Czy zdarzenie: wypadnie przynajmniej jeden orzeł jest tak samo prawdopodobne jak zdarzenie: wypadną dokładnie dwie reszki?”.
Kiedy dziesiąta z kolei osoba deklaruje, że nie ma pojęcia jak to rozwiązać pokazuję okładkę książki. Ogólne niedowierzanie. „Jak to – to zadania dla szkoły podstawowej?   Chyba jesteśmy idiotami”- samokrytycznie stwierdza jeden z kursantów.  „Przez uprzejmość nie zaprzeczę” – odpowiadam zgodnie  z najgłębszym przekonaniem.

W tym samym zbiorze są zadania dotyczące wektorów na płaszczyźnie i w przestrzeni trójwymiarowej, elementy statystyki, nierówności z wartością bezwzględną. Większość tych zadań zdecydowanie przekracza możliwości maturzysty wybierającego obecnie egzamin na poziomie podstawowym.

Jak to się stało, że w ciągu ostatnich 20 lat przeciętny maturzysta osiągnął poziom niższy od ucznia V klasy szkoły podstawowej w PRL?

1) Pierwsza przyczyna to celowe obniżenie poziomu. Przez 20 lat nie było obowiązkowej matury z matematyki,  a program liceum był konsekwentnie kastrowany. Kiedy zaczynałam uczyć w szkole, w programie była analiza matematyczna – granice ciągów i funkcji, szeregi, badanie funkcji, całki. Badanie funkcji było przerabiane w II klasie liceum.  Doskonale radzili sobie z nim nawet uczniowie klas ogólnych. W klasach matematycznych badało się również funkcje wykładnicze i logarytmiczne. Przekonywano mnie ostatnio, że w klasach ogólnych badało się tylko wielomiany i funkcje wymierne i że badanie funkcji jest nad wyraz algorytmiczne ( czyli można się go nauczyć na zasadzie recepty na piernik). Zgodziłabym się z tym gdyby nie fakt, że te same funkcje wymierne sprawiają teraz poważny kłopot przeciętnym studentom I roku politechnik i SGH.        Z programu i wymagań egzaminacyjnych w liceum  kolejno wypadły: szeregi w tym szereg geometryczny zbieżny, oczywiście całki , potem pochodna i badanie funkcji. Z programu rachunku prawdopodobieństwa wypadł schemat Bernoulliego, prawdopodobieństwo warunkowe, wzór Bayesa, rozkład zmiennej losowej, wartość oczekiwana i wariancja. Zadania z prawdopodobieństwa całkowitego zaleca się obecnie rozwiązywać „ drzewkiem” – czyli jak w V klasie szkoły podstawowej moich dzieci. W trygonometrii zlikwidowano nierówności trygonometryczne i wzory redukcyjne.

Jakiś mędrek powie: po co znajomość wzorów, które są przecież w tablicach i w Internecie?

Odpowiem. Zawsze na pierwszym roku studiów, w kursie algebry, wprowadzano liczby zespolone i było to traktowane jako rozgrzewka, jako najłatwiejszy dział do opanowania. Obecnie z liczbami zespolonymi jest problem. Studenci nie radzą sobie z postacią trygonometryczną liczby zespolonej bo nie operują wzorami redukcyjnymi i ogólnie rzecz biorąc wzorami trygonometrycznymi.

2) Nadużycie kalkulatorów i komputerów. Na ten sam kurs uczęszcza uczeń  szkoły amerykańskiej. Otrzymują w szkole ogromne kalkulatory rysujące wykresy funkcji punkt po punkcie. Ma za zadanie narysować wykres funkcji liniowej. Upiera się, że użyje swego kalkulatora. Wpatruje się w napięciu, ze zmarszczonym jak pies rasy mops czołem w pojawiającą się wolniutko na ekranie prostą. Pomijając fakt, że regulamin matur nie dopuszcza używania podczas egzaminu takiego sprzętu , użycie go do tak banalnego problemu to strzelanie z armaty do wróbla. Młody człowiek ze swoim liczydłem przypomina mi inkasenta elektrowni albo kontrolera parkometrów, a w najlepszym wypadku panienkę sprzedającą buraki, która nie wie, że 2+2=4 dopóki nie użyje kasy.  Ten chłopak jest na prostej drodze do wykonywania właśnie takiego zawodu.

3)Wprowadzenie gimnazjów i koncepcja „ programu spiralnego” . W założeniu miało się wracać kilka razy do tego samego tematu na rosnącym poziomie. W praktyce niektórych tematów nie przerabia się wcale.

4) Demokratyzacja oświaty sprowadzająca się według decydentów do zamiany jakości w ilość. Sama słyszałam jak przewodniczący CKE wyjaśniał nauczycielom, że żeby poprawić wyniki nauczania należy obniżyć poziom wymagań.

Za czasów PRL nasi uczniowie wyjeżdżający do Europy czy do Stanów uważani byli za geniuszy. Teraz zrównali w dół. Tyle, że w krajach europejskich obok oświaty dla plebsu przeznaczonego do sprzedawania buraków i obsługi stacji benzynowych istnieją elitarne szkoły na bardzo wysokim poziomie. W Stanach obserwuje się pozorny paradoks, że przy bardzo niskim poziomie przeciętnego ucznia poziom uczelni jest wysoki. To kwestia specjalizacji. Kto nie interesuje się nauką może poprzestać na tym niskim poziomie szkoły publicznej, zdawać maturę z gotowania na gazie czy pielęgnacji niemowląt i szukać sobie z powodzeniem miejsca w społeczeństwie. Nauka jako awans społeczny była to specjalność ZSRR i demoludów. Teraz w Stanach tak naukę traktują Chińczycy.  Dominują w laboratoriach naukowych.

Kilka dni temu wysłuchałam w radiu TOK FM dyskusji na temat reformy oświaty, w której brali udział profesorowie wyższych uczelni- biolog Krzysztof Spalik, fizyk Lech Mankiewicz oraz matematyk Janusz Czyż. Tylko profesor Czyż jest zwolennikiem przeprowadzanych obecnie zmian i rozumie, że likwidacja gimnazjów jest warunkiem koniecznym wyprowadzenia polskiej szkoły z zapaści. Ma również ciekawe propozycje programowe.

Pozostali profesorowie, podobnie  jak  Agnieszka Holland chcą żeby wszystko było jak dotąd.

Ich pięknie brzmiące hasła i postulaty, to tylko pudrowanie gangreny..

Tekst drukowany w Warszawskiej Gazecie

P.S.

Proszę o informacje  (w komentarzu) otym jak Państwo tu trafiliście.

Z góry dziękuję .    Jacek Bezeg

 


14 odpowiedzi do “Jak to się stało, że w ciągu ostatnich 20 lat przeciętny maturzysta osiągnął poziom niższy od ucznia V klasy szkoły podstawowej w PRL?”

  1. Kto miał pomysł aby wszyscy Polacy mieli obowiązkowo średnie wykształcenie, a 70% wyższe? Mnożenie liceów i różnych uczelni typu „gotowanie na parze” itp. plus likwidacja zawodówek i ograniczenie techników. Wiec mamy skutki.

  2. Jestem w liceum na profilu z rozszerzoną matematyką. Z tych wszystkich domniemanych wyrzuconych działów faktycznie nie miałem całek, rozkładu zmiennej losowej i wartość oczekiwanej. Cała reszta jest w programie.

  3. Oj oj.
    Mocno naciągane.
    Dobrze pamiętam matematykę z podstawówki z początków lat 80tych.
    Nie było wtedy rachunku prawdopodobieństwa w 5 i 6 klasie.
    Może w zbiorze zadań dla „olimpijczyków”?
    Nie się sadzę żeby pomiędzy rokiem 80 a 85 tak bardzo zmienił się program ze w 5 klasie był rachunek prawdopodobieństwa.

    • Oj? Pani Falzmanowa nie kłamie. Można ją poprosić o kontakt (Przez profesora Dakowskiego lub Ekspedyta) i tą książeczkę zobaczyć. Zmiany w programach robiono często i dziwnie. Ja na przykład nie miałem prawdopodobieństwa ani w podstawówce, ani w technikum. Dopiero na studiach. Pamiętam swoje zdziwienie kiedy uczeń podstawówki poprosił mnie o korepetycje w tej sprawie. Byłem oburzony.

  4. Chciałabym dorzucić swoje trzy grosze na temat nauczania matematyki w szkole. Konczyłam jeszcze stary 8 kladowy system edukacyjny i 5 letnie technikum. Moje doświadczenia z matematyką pokazują, że nie każdy nadaje się na nauczyciela matematyki. Od 4 do 7 klasy SP miałam lekcję matematyki z panią, która była „z zawodu dyrektorem” i większość z nas, której nie było stać na korepetycje z matematyki kulała, pamietam jak mi wmawiała,że jestem po prostu mniej uzdolniona matematycznie. W klasie 7 i 8 zmieniono nam nauczyciela bo „pani dyrektor” przeniosła się do innej szkoły na dyrektora oczywiście ;-) i Alleluja ja zaczęłam matmę rozumieć bo trafił mi się nauczyciel z powołnia, któremu chciało się ten przedmiot przedstawic w taki sposób aby nas nim zainteresować. Do tej pory pamietam to, czego nas nauczyła. Niestety szkoła średnia ponownie powrót do pseudo-nauczyciela matematyki i znów cała klasa dołowała. Krytykując wiedzę samych uczniów trzeba też wziąć pod uwagę, że nie każdy się na nauczyciela nadaje i sposób przekazywania wiedzy na znaczący wpływ na to co w przyszłosci będzie umiał student. Odczułam to na własnej skórze. Nie każdy się na nauczyciela matematyki nadaje.

    • Takie były zalecenia chyba jeszcze Stalina żeby nauczyciele nie zarabiali dużo (nie tylko oni).
      Pamiętam, że odchodząc ze szkolnictwa zwiększyłem sobie pensję z 2500 na 3700.
      Siłą rzeczy nauczycielem zostawał nie ten co chciał i umiał, tylko ten kto musiał.
      Teraz zresztą niewiele się poprawiło. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego w jak zasadniczy sposób akurat ci ludzie wpływają na przyszłość Narodu i Państwa.
      W demokracji mało kto planuje dalej niż na 4 lata do przodu.

  5. „Nauka jako awans społeczny była to specjalność ZSRR i demoludów”
    – a to nie prawda …

    nawet były dowcipy „czemu sprzątaczka zarabia więcej od Profesora ? – bo profesorów jest dużo” ..

    byla gloryfikacja zawodu .. pokomunistyczne poniżanie „inteliGENTA” – przecież aż pejoratywne się zrobiło ..

    całosc klasy robotniczej .. na plakatach .. plan 6 letni .. i inne takie …

    • Specjalność to nie jest odpowiednie słowo. Po wybiciu przez komuchów wszystkich, którzy „wystawali” w naturalny sposób naród poszukiwał sobie autorytetów i takimi stawali się ludzie wykształceni. Trudniej się rządzi grupą posiadająca swoje autorytety inne niż rządzący. Aby otrzymać jednolitą „masę pracująca miast i wsi” obniżono drastycznie wymagania, a więc i poziom. Teraz wszyscy już mają studia i mogą sobie po nich pracować na przysłowiowej „kasie w markecie”.
      Jeszcze inna sprawa to chemia.
      W Oświęcimiu podawano Fluor w jedzeniu. Nam teraz dają w paście do zębów, a poza tym całą masę innych „uspokajaczy”. Polecam teksty doktora Jerzego Jaśkowskiego.

  6. Fajnie… tylko czy czytała pani podstawy programowe tej nowej podstawówki? Nawet materiału gimnazjum nie obejmują!
    Do dawnych czasów powrotu nie będzie i nie ma się co łudzić.

    • Nie do końca Panią rozumiem.
      Nie ma powrotu, bo IQ tak spadło, że nie pojmą tego?
      Nie da się zmienić podstawy programowej, bo ktoś nam takich działań zabroni?
      I skąd ta pewność, że nie da się tego naprawić?

    • Podstawy programowe, plany nauczania? Broń Boże porównań ze starą PRL-owską podstawówką. Wtedy najzdolniejsi mieli szansę, a reszta odpisywała podczas klasówki i na maturze. Chodziłem do takiej szkoły więc wiem. Potem zostałem nauczycielem w tej samej szkole, jeszcze za czasów PRL. Były szkoły ćwiczeń, doskonale wyposażone przez CEZAS laboratoria, surowi i kompetentni wizytatorzy. Zdobyłem I i II stopień specjalizacji zawodowej, miałem kilkudziesięciu laureatów konkursu przedmiotowego (fizyka). Dostawałem nagrody kuratora i ministra – liczyły się wyniki, nie musiałem należeć do partii, nikogo nie obchodziło czy chodzę do kościoła.
      Protestowałem, gdy tworzono gimnazja, bo redukowano mój przedmiot zmniejszając liczbę godzin. Podstawą programową się nie przejmowałem bo wiedziałem co uczeń powinien umieć. Teraz przy okazji „przywrócenia” starej szkoły podstawowej kolejny raz zmniejsza się liczbę godzin z kluczowych przedmiotów. Nauczyciel nie zdąży nauczyć tego co kiedyś jeśli ma 4 zamiast 7 godzin przedmiotu beż żadnej korelacji z matematyką. Czy suweren o tym wie? Myślę, że nie wie o tym nawet Pan Prezydent i Prezes Kaczyński. Otaczają się ludźmi koniunkturalnymi, nadgorliwymi, bez kompetencji i chyba im wierzą… bo czy inaczej godziliby się na to co się dzieje?

  7. Uczę na Politechnice ponad 10 lat. I przez te lata można było zauważyć jak poziom wiedzy z matematyki z jakim studenci zaczynali pierwszy rok studiów z roku na rok był coraz mniejszy.
    Niestety pociągnęło to za sobą również obniżenie poziomu nauczania na studiach (za dużo studentów nie zdawało podstawowych przedmiotów).

  8. Moim zdaniem jedną z przyczyn jest również stosowanie testów. Są one moim zdaniem ograniczeniem dla myślenia. Nie dotyczy to tylko matematyki , ale wszystkich przedmiotów. Uczę języka polskiego i widzę, że uczniowie przyzwyczaili się do testów. Można „strzelić” ( może się uda), lub sprowadzić swoją wiedzę do minimum, ponieważ jedna z sugerowanych odpowiedzi z pewnością się skojarzy. Kiedy trzeba uruchomić myślenie i rozwiązać ( nawet łatwe) zadanie otwarte, pojawia się problem i wtedy mamy prawdziwy obraz tego, co potrafią nasi uczniowie.

    • Ale to przecież zależy od nauczycieli , a nie uczniów. To WY przygotowujecie te testy :) Proszę ich nie robić i tyle. Przecież uczniowie sami ich sobie nie wprowadzili.