[ Zobacz http://jacekbezeg.pl/2017/03/09/swietnie/ oraz http://jacekbezeg.pl/2017/03/08/dziurawe-dysputy/ J.B. ]
Brukselski szczyt UE, podczas którego Donaldowi Tuskowi przedłużono na kolejne dwa i pół roku kadencję gauleitera Europy, był przełomowy, i to z kilku powodów. Bodaj po raz pierwszy z taką ostentacją zdjęto maski i rzucono w kąt wszelkie pozory równouprawnienia i konsensusu mające jakoby charakteryzować funkcjonowanie Unii Europejskiej.
1. Przedsmak Europy dwóch prędkości
Dla krajów członkowskich, szczególnie tych mniejszych, może mieć to walor trzeźwiący i skłonić do refleksji nad kierunkiem, w którym przebiega „integracja” – w tej chwili bowiem bez ogródek zakomunikowano wszem wobec, że owa „integracja” oznaczać ma de facto dyktat wielkich z nadrzędną rolą Niemiec. Wybór byłego premiera wbrew jasno zgłoszonemu stanowisku macierzystego kraju jest wydarzeniem bez precedensu i pozostaje jedynie żałować, że rząd Beaty Szydło nie ruszył do ofensywy dyplomatycznej wcześniej, istniała bowiem szansa na zmontowanie symbolicznej „koalicji sprzeciwu” – należało jednak zawczasu skontaktować się z potencjalnymi partnerami i cierpliwie uświadomić im, jakie mogą być dla nich samych dalekosiężne konsekwencje tego wydarzenia.
Ale nie ma tego złego – unaocznienie faktycznych reguł gry również ma swoją wartość i nie sądzę, by na dłuższą metę zaakceptowano sposób funkcjonowania brukselskich struktur, w których odizolowana od demokratycznych procedur kasta mandarynów sama uzupełnia się przez swoistą kooptację, ignorując kwestię mandatu dla kandydatów ze strony państw pochodzenia. Rysuje się wręcz okazja, by ów skandal z Tuskiem wykorzystać – i warto już teraz przystąpić do działania, objeżdżając różne stolice z komunikatem „jutro może was spotkać to samo”. Bowiem to, co zaprezentowano na szczycie i przed nim – „młotkowanie” opornych przez Angelę Merkel, pogróżki, szantaże („Każdy kolejny atak na Donalda Tuska będzie szkodził interesom Polski” – Manfred Weber) – zwieńczone słowami Hollande’a: „Wy macie zasady, my mamy fundusze strukturalne”, dobitnie pokazuje, jak będzie wyglądało „twarde jądro” w Europie dwóch prędkości.
2. Prawna dezynwoltura
Kolejna rzecz – Unia pokazała się jako instytucja międzynarodowa działająca na granicy prawnej dezynwoltury – zasady, utarte zwyczaje, a nawet przepisy mogą iść w kąt, jeśli taki jest interes „wielkich unijnych braci”. Zwróćmy uwagę na sam tryb wyboru przewodniczącego Rady Europejskiej – a właściwie jego brak. Traktat lizboński w art. 15 stwierdza jedynie, że przewodniczący RE jest wybierany kwalifikowaną większością głosów, a jego mandat jest „jednokrotnie odnawialny”. I to tyle – nigdzie nie jest doprecyzowane, kto ma prawo zgłaszać kandydatów, w jakim trybie i terminie, jak przebiegać ma głosowanie i kto może objąć to stanowisko. Istnieje jedynie warunek, że przewodniczący RE nie może pełnić krajowej funkcji publicznej. Nie ma również zapisów określających, w jaki sposób odbyć się ma „odnowienie mandatu” – na logikę wychodziłoby, że tak samo jak pierwotny wybór, czyli kwalifikowaną większością (55 proc. państw członkowskich reprezentujących co najmniej 65 proc. ludności UE – zasada tzw. podwójnej większości), ale w innym punkcie widnieje zapis, iż Rada Europejska podejmuje decyzje „w drodze konsensusu”, „o ile traktaty nie stanowią inaczej”.
Słowem, zero jakichkolwiek procedur, co objawiło się w pełnej krasie nie tylko na samym posiedzeniu, ale jeszcze przed szczytem. Oto polski rząd ogłasza, że nie tylko sprzeciwia się wyborowi Donalda Tuska, ale ma własnego kandydata – Jacka Saryusz-Wolskiego – natomiast Niemcy informują, że popierają tegoż Tuska, do czego swoje trzy grosze dokłada frakcja EPL w europarlamencie. Efekt? Arbitralnie, po uważaniu, maltański organizator szczytu odmawia zaproszenia publicznie zgłoszonego kandydata rządu RP, zaprasza natomiast „polskiego” kandydata popieranego przez Niemcy – do tego premier Malty, by ratować sytuację, sam formalnie „zgłasza” Tuska. Kabaret. No i wreszcie samo „głosowanie”, a w zasadzie jego parodia – kto jest przeciw? Dziękuję, do widzenia. Przepraszam, ale coś takiego nie przeszłoby nawet w osiedlowym kółku wędkarskim, a Rada Europejska, jak się zdaje, pretenduje do roli poważniejszego gremium – wszak zapisane jest, iż RE „nadaje Unii impulsy niezbędne do jej rozwoju i określa ogólne kierunki i priorytety polityczne”.
Czy to było w ogóle legalne? Czy stwierdzono oficjalnie „kwalifikowaną większość”? Albo zaprotokołowano „konsensus”? Nic dziwnego, że Beata Szydło nie zgodziła się podpisać konkluzji szczytu, ja też bym nie podpisał. Tak się składa, że jestem przewodniczącym komisji rewizyjnej w pewnym stowarzyszeniu i mogę powiedzieć jedno – u nas takie jaja by nie przeszły.
Celowo wdałem się tutaj w powyższe prawne dywagacje, by zobrazować Państwu, z jakim, z przeproszeniem, bardakiem mamy do czynienia. I to w tej samej Unii, którą przedstawia się nam jako wzór praworządności i skrupulatnej aż do absurdu biurokracji. Ubiegając się o unijne dofinansowanie do placu zabaw w Pcimiu Dolnym, wystarczy pomylić się w jednej rubryczce, by pożegnać się z kasą – a tu proszę: można „wybrać” „prezydenta” Europy praktycznie bez głosowania i bez „konsensusu”. Obsadę jednego z najbardziej eksponowanych stanowisk w Europie zostawiono zakulisowym dogadywankom, w wyniku których „król” Europy zostaje nagle ot, tak sobie, „wyłoniony” – na dobrą sprawę nie wiadomo, na jakiej zasadzie. Ten brak transparentności jest absolutnie celowo zaplanowaną „mętną wodą”, mającą na celu zakamuflowanie niemieckiej hegemonii. Tyle że tym razem się nie udało – Polska powiedziała „sprawdzam” i wszystko wysypało się ludziom przed oczy.
3. Co dalej?
No dobrze, zdiagnozowaliśmy sobie stan obecny, teraz pozostaje pytanie – co dalej? Ignorować prace Rady Europejskiej pod przewodnictwem Tuska? Niewykonalne. To znaczy, oczywiście, wykonalne, pytanie tylko, czy opłacalne. Sądzę, że warto zakonotować sobie w politycznej rozpisce dwa cele. Doraźny – to uprzykrzyć Niemcom życie, występując w charakterze „totalnej opozycji”. Tego zresztą Niemcy już się obawiają, co znalazło wyraz w artykule „Die Welt” przewidującym, że „Polska gorzko się zemści za tę porażkę” i zadającym pytanie „Czy reelekcja miernego przewodniczącego RE, jakim jest Tusk, była tego warta?”. Możliwości są, ponieważ wciąż wiele decyzji wymaga w Unii jednomyślności, poza tym przy okazji omawiania różnych kwestii można znaleźć sojuszników. Niedługo np. znów na porządku dziennym stanie problem migracji, zwłaszcza jeśli Erdoğan wypuści kolejne fale „uchodźców”. Osamotnienie nam nie grozi, bowiem już po brukselskim szczycie kraje Beneluxu zapowiedziały wystosowanie zaproszenia do państw Grupy Wyszehradzkiej w celu przedyskutowania „wspólnych wyobrażeń” co do przyszłości Europy, co potwierdza tezę, że była szansa na wspólny front, gdybyśmy tylko odpowiednio wcześniej zabrali się do przekonywania partnerów. Owo zaproszenie bowiem w tłumaczeniu z polskiego na nasze oznacza, że dominacja unijnych potentatów zaczyna uwierać coraz więcej państw i zaproponowany 7 marca w Wersalu przez „wielką czwórkę” (Niemcy, Francja, Hiszpania, Włochy) model rozwoju UE nie budzi, mówiąc delikatnie, entuzjazmu.
Na marginesie – nie warto się obrażać na Węgry. Choćby dlatego, że w tej chwili to Budapeszt ma nad nami pewną istotną przewagę – musimy się uśmiechać do Orbána, by nie wycofał się ze swej obietnicy w sprawie zawetowania ewentualnych sankcji wobec Polski.
Jeżeli natomiast chodzi o cel długofalowy – cóż, „czwórka z Wersalu” jeśli będzie chciała sobie zmontować „pierwszą prędkość”, to ją sobie zmontuje, ale niech nas ręka boska broni, byśmy mieli do tego „twardego jądra” przystępować. Jak bowiem będzie wyglądała praktyka jego funkcjonowania, właśnie się przekonaliśmy. Optymalnym scenariuszem dla nas byłaby tendencja, którą niedawno opisałem w tekście „Europa wielu prędkości” i sądzę, że po ostatnich doświadczeniach nabiera ona jeszcze większej aktualności. Otóż najprawdopodobniej Unia będzie się powoli rozjeżdżać – w jedną stronę podąży „federalistyczne” centrum, w drugą – podkreślające rolę państw narodowych „peryferie”. W ten sposób otwiera się przed nami możliwość „rozmiękczenia” naszej obecności w UE, docelowo zaś – stopniowego, ewolucyjnego Polexitu. Warunek jest jeden i o niego trzeba walczyć zębami i pazurami – decyzje podejmowane w ramach „centrum”, bez naszego udziału, nie mogą być dla nas wiążące. Dzięki temu z czasem będziemy mogli zbliżyć się statusem do obecnych krajów EFTA pozostających poza strukturami UE, lecz zarazem wchodzącymi w skład Europejskiego Obszaru Gospodarczego – Norwegii, Szwajcarii, Islandii i Liechtensteinu. Jedyny szkopuł w tym, że Kaczyński nie wyobraża sobie tak „zdemontowanej” Unii, co wielokrotnie podkreślał, sprawiając wrażenie, jakby chciał zjeść ciastko i je mieć – czyli trzymać Polskę w „silnej” Unii, zachowując jednocześnie pełną podmiotowość. Tak niestety się nie da i nieuchronnie zbliża się czas, kiedy będziemy musieli dokonać wyboru. Wybierzmy mądrze.
