Gabriel Maciejewski
Zanim zacznę chciałbym trochę powspominać dawne czasy. Jest po temu okazja, a właściwie dwie. Pierwsza smutna, a druga mocno krępująca. Zacznę od pierwszej. Zmarł człowiek, który w salonie24 podpisywał się nickiem panna wodzianna. Ponoć nazywał się Piotr Dwojacki, ale ja co do tego pewności nie mam. Byłem na dwóch imprezach salonu i nie miałem okazji go poznać. Pomódlmy się za niego, bo przez jakiś czas współtworzył koloryt blogosfery. Oskarżano go o różne rzeczy, o to, że jest trolem, o to, że jest w zmowie z administracją i inne takie…Do mnie zawsze odnosił się dobrze. Mogę nawet powiedzieć, że w czasach kiedy na tym blogu nie odnotowywano więcej niż 700 odsłon na dobę wspierał mnie komentarzami. Potrafił czasem napisać coś naprawdę pocieszającego. Pamiętam jak opublikowałem tekst o Brunonie Szulcu, tekst, który miał iść do jakiejś redakcji, ale prowadzący kolumnę dureń go odrzucił. Wodzianna napisał wtedy, że dawno, dawno nie opublikowano w salonie nic tak dobrego. Mnie w zasadzie tyle wystarczy, żeby jechać dalej przez 8 lat bez przerwy i niczym się nie przejmować. I za to bardzo mu dziękuję. Niech spoczywa w pokoju.
Teraz sprawa druga, ta bardziej krępująca. Niektórzy użytkownicy salonu24, ci dawniejsi, ci którzy już tam nie zaglądają od wielu lat również, mają w telefonie taką aplikację, która powiadamia ich o nowych, ciekawych tekstach wybranych autorów. I oto moi znajomi, którzy tego gadżetu używają zaczęli nagle dostawać powiadomienia, że ich ulubieni autorzy zamieszczają w salonie nowe teksty. Po kliknięciu w nie jednak okazywało się, że są to teksty opublikowane już dawno, a salon przypomina o nich ponownie. Ktoś powie, że jestem straszny, bo nie przepuszczę żadnej okazji, żeby wyszydzić biednego Igora Janke. To nieprawda. Wiele okazji przepuściłem, a ta sprawa nie daje mi spokoju, bo nie sądzę by była przypadkowa. Salon się kończy definitywnie. Kończy się śmiercią Wodzianny i idiotycznymi próbami nabicia sobie klikalności. Ja dobrze pamiętam jak administracja salonu niszczyła dobrych autorów i jak lansowała słabych, ale rzekomo ważnych. To jest choroba nie do uleczenia. I popatrzcie teraz – jeśli salon można uznać za polską prawicę i ten tak zwany obóz patriotyczny w mikroskali – to jak myślicie, w jaki sposób zakończy swój żywot ta opcja w skali makro, gdzie przecież prowadzi się identycznie idiotyczną politykę personalną? O polityce w skali makro napiszę jutro, a dziś będzie o korzeniach Europy.
Czego dotyczy spór o tak zwane korzenie Europy? Mogę się mylić, ale on dotyczy spraw z punktu widzenia misji i realnego sukcesu drugorzędnych. To znaczy wszyscy chrześcijanie zacietrzewiają się zaraz kiedy przypomni im się, że w dokumentach unijnych nie ma słowa o tym, że Europa jest chrześcijańska. [dropshadowbox align=”none” effect=”raised” width=”auto” height=”” background_color=”#ffffff” border_width=”2″ border_color=”#0b0909″ rounded_corners=”false” inside_shadow=”false” ]Skuteczność chrześcijan polegała zawsze, podkreślam – zawsze, na skłonności do osobistych poświęceń. To był i jest nadal rdzeń kultury zwanej chrzBardzo przepraszam, a niby dlaczego te słowa miałby się tam znaleźć? I jakimi metodami chrześcijanie chcą doprowadzić do tego, by treść dokumentów unijnych uległa zmianie? Unia jest tworem komunistycznym, rządzą w niej lewacy, którzy dążą do marginalizacji chrześcijan, bo im się zdaje, że w porozumieniu z kilkoma charyzmatycznymi imamami będą lepiej zarządzać swoim projektem. Co w tym czasie robią chrześcijanie?[/dropshadowbox] Gdybym był bardzo złośliwy napisałbym, że słuchają wykładów Krzysztofa Karonia. No, ale nie jestem, więc muszę to pominąć milczeniem i napisać coś innego. Trzeba zadać pytanie, czy politycy partii, które mają w nazwie przymiotnik „chrześcijański” i są reprezentowane w parlamencie unijnym, mają w rzeczywistości coś wspólnego z chrześcijaństwem. Moim zdaniem nie. Poznajemy to po ich słabej skuteczności. Myślę, że to dobre kryterium oceny – skuteczność. Popatrzmy wstecz na historie chrześcijańskiej Europy i pomyślmy o tym, że owa Europa, kontynent chrześcijański, była przede wszystkim bezwzględnie skuteczna w swoich działaniach. To ją wyróżniało spośród innych kultur i to zapewniało jej dominację. Czy dzisiaj chrześcijanie są skuteczni w działaniu. Nie są. Oni jedynie próbują tacy być, ale idzie im słabo. Ja zaś, im więcej słyszę o dobrych katolickich szkołach kształcących elity, o katolickich organizacjach mających wielkie wpływy w polityce, edukacji i właściwie wszędzie, mogę się tylko uśmiechnąć. A jak się bardzo wkurzę to zdejmę uśmiech z twarzy i powiem – a wsadźcie sobie to wszystko w buty….albo i gdzie indziej. Wszystko to bowiem, wobec zagrożeń jakie niesie każde kolejne posunięcie lewicowych organizacji trzęsących Unią, ma wymiar komiczny. Jeśli ktoś nie rozumie dlaczego, nie umiem mu pomóc, ale spróbuję wyjaśnić. [dropshadowbox align=”none” effect=”raised” width=”auto” height=”” background_color=”#ffffff” border_width=”2″ border_color=”#0b0909″ rounded_corners=”false” inside_shadow=”false” ]Skuteczność chrześcijan polegała zawsze, podkreślam – zawsze, na skłonności do osobistych poświęceń. To był i jest nadal rdzeń kultury zwanej chrześcijańską. Można do tego dodać jeszcze całkowite lekceważenie okoliczności i konsekwencję w działaniu. W dodatku w sytuacjach jakże odmiennych od tych, w których działają dziś muzułmanie. Chrześcijanom bowiem nikt nie dawał żadnych gwarancji w życiu doczesnym, nie proponował im zasiłków, dodatków na dzieci, socjalnych mieszkań i innych ułatwień. [/dropshadowbox]Czego chcą chrześcijanie dzisiaj? Mam nieprzyjemne wrażenie, że chcą tworzyć kółka wzajemnej adoracji, w których przekonywać będą jeden drugiego, że ta cała Europa to ma jednak chrześcijańskie korzenie. W kółkach tych będą się martwić o przyszłość swoich dzieci, ich wykształcenie i karierę. Swoją zaś przynależność do wybranych manifestować będą zarówno w mowie, jak i w geście, wszyscy to dobrze znamy i wiemy jak ta obrzydliwa potrafi być ta pantomima.
No ale wróćmy do chrześcijańskich korzeni Europy. Tym, którzy głoszą to hasło chcę powiedzieć jedno – Europa nigdy nie była w całości i głęboko chrześcijańska. Była zawsze społecznością w drodze, w zasadzie nie przechodziła żadnej duchowej ewolucji, a jedynie gwałtowne rewolucje, które miały zdecydować o ostatecznym kształcie kontynentu, nigdy nie rozstrzygnięte. Przechodziła także ewolucje i rewolucje technologiczne, które miały zasłonić jedną ważną rzecz. Tę mianowicie, że ciągle jesteśmy w tym samym miejscu. I teraz trzeba się zastanowić co to znaczy być chrześcijaninem w Europie? Czy to znaczy, że trzeba tworzyć enklawy złudnego bardzo spokoju, czy może chodzi o coś innego?
[dropshadowbox align=”none” effect=”raised” width=”auto” height=”” background_color=”#ffffff” border_width=”2″ border_color=”#0b0909″ rounded_corners=”false” inside_shadow=”false” ]Dlaczego ja piszę, że ciągle jesteśmy w tym samym miejscu? W Europie, tak jak przed tysiącem lat żyje mnóstwo muzułmanów, wpływy żydowskie są nie do przecenienia, herezje plenią się na każdym kroku, a papież, jak w czasach św. Franciszka, szuka jakiejś ziemskiej siły, na której mógłby się oprzeć i przetrwać kryzysy, jak najbardziej doczesne kryzysy, o charakterze jak najbardziej politycznym.[/dropshadowbox] Nic się w tej sprawie nie zmieniło. Nie zmienili się także chrześcijanie, no może trochę, dziś są o wiele słabsi i do tego jeszcze nie rozumieją skąd się bierze ich słabość.
Pomyślcie teraz, co by się stało, gdyby Rzym prowadząc swoją politykę i misję odrzucał takich ludzi jak Loyola, Szymon de Montfort, Michał Anioł, czy ktokolwiek z wielkich i ciężkich przecież grzeszników, tak dobrze służących Kościołowi. Co by było gdyby na ich miejscu pojawili się ludzie tacy jak redaktor Terlikowski, albo ekipa Teologii Politycznej? Ja nie wiem co by się stało, ale jest szansa, że wkrótce się dowiemy, bo czas Montforta minął bezpowrotnie, dziś głos mają ci drudzy. Oni zdecydują jaka będzie przyszłość chrześcijaństwa. Ciekawe co zrobią…?
[dropshadowbox align=”none” effect=”raised” width=”auto” height=”” background_color=”#ffffff” border_width=”2″ border_color=”#0b0909″ rounded_corners=”false” inside_shadow=”false” ]Ktoś powie, że ja się domagam tego, by Kościół znów stał się ważną siłą polityczną, na miarę epoki medycejskiej. Otóż wcale nie, bo wszyscy wiemy, jak się to skończyło i wszyscy wiemy gdzie jesteśmy dziś. Ja się tylko domagam, by każdy chrześcijanin rozumiał jaka jest jego misja i był zawsze gotów do poświęceń. Bez względu na to co akurat dzieje się w Rzymie i kto wywiera trudne do zaakceptowania wpływy na głowę Kościoła. Domagam się, by każdy zrozumiał, że życie nasze toczy się w wymiarze duchowym i tylko tam możliwy jest sukces, tutaj zaś może się zdarzyć wszystko. [/dropshadowbox]I na to, niestety nie wolno chrześcijaninowi brać poprawek. Domagam się jeszcze, żeby chrześcijanie, Ci którzy nie pełnią posługi kapłańskiej i mają trochę czasu, przestali się zachowywać jak cielęta popychane raz w jedną, raz w drugą stronę, a także by przestali podnosić sobie samoocenę swoją rzekomą elitarnością. Kościół bowiem i społeczność chrześcijan aspirują do powszechności, a to znaczy, że jest tu miejsce dla każdego i każdy ma szansę. Pod jednym warunkiem – musi być naprawdę dobry w swoim rzemiośle i musi rozumieć misję. Jak wiecie chrześcijanie nie potrzebują akceptacji, ani tego, by utwierdzać ich w dokonywanych wyborach. Tak więc nie potrzeba im ani oklasków, ani wiwatów, wystarczy, że ktoś raz na osiem lat powie im jedno dobre słowo.
Tekst wzięty z http://gabriel-maciejewski.szkolanawigatorow.pl/korzenie-europy-kilka-powierzchownych-refleksji
