Oto jak działa niemiecka propaganda:


jak Hitler – to Trump, jak obozy śmierci – to polskie.

  Aldona Zaorska

fot: YT fot: YT

Niemcy są w poważnych tarapatach – polityka muliti-kulti nie sprawdziła się, „imigranci” zamiast tyrać na niemieckich panów, gwałcą ich kobiety, a koncepcja Mitteleuropy, którą już, już prawie zbudowali pod płaszczykiem Unii Europejskiej, zaczyna się sypać.

Także za sprawą Polski, która przestała się wieszać na niemieckiej klamce i całować Angelę po rękach. Żeby odwrócić od tego wszystkiego uwagę, Niemcy próbują więc pouczać Polskę o wolności słowa, praworządności i demokracji, chociaż u siebie nie przestrzegają ani jednego, ani drugiego, ani trzeciego, czego dowodem dwa zdarzenia z ostatnich dni.

Pierwsze to sprawa dziennikarza Michaela Stürzenbergera, który na swoim profilu na Facebooku przypomniał historyczne zdjęcie opublikowane 16 czerwca 2016 r. przez „Süddeutsche Zeitung” jako ilustracja tekstu pt. „Swastyka i półksiężyc”. Zdjęcie przedstawia uścisk dłoni pomiędzy niemieckim politykiem wystrojonym w mundur ze swastyką a wielkim muftim Jerozolimy z lat 1921-1948 Muhammadem Amin Al-Husajni podczas wizyty tegoż w Berlinie w listopadzie 1941 r. Stürzenberger przypominał, iż mufti podżegał Hitlera do ludobójstwa żydów i że kanclerz obiecał mu, iż Niemcy będą dążyć do ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej (mówił o tym zresztą premier Izraela Beniamin Netanjahu). Dziennikarz przypomniał też, że po wojnie Al-Husajni trafił na listę zbrodniarzy wojennych, ale od stryczka uratowali go Francuzi, którzy uznali, że bardziej przyda im się żywy niż martwy.

Okazuje się jednak, że w zatroskanych o wolność słowa w Polsce Niemczech nie wolno pisać prawdy. Za publikację tego właśnie zdjęcia oraz tekstu dziennikarz i bloger został skazany na sześć miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na 3,5 roku. Niemiecki sąd uznał, że zdjęcie propaguje symbole nazistowskie i obraża islam. Sędzia, która wydawała wyrok, podkreśliła, że upublicznione zdjęcie „może zostać zinterpretowane w sposób szkodzący islamowi”.

Wygląda więc na to, że w Niemczech nie wolno już nawet pokazywać zdjęć, na których widnieją swastyki (nie mówiąc o tekstach). To rodzi pewne problemy, bo co najmniej od lat trzydziestych do 1945 r. swastyki były tam dosłownie wszędzie.

Być może jednak już niedługo za opublikowanie zdjęć przedstawiających tysiące Niemców radośnie pozdrawiających, heilujących Hitlerowi będzie się szło tam siedzieć. Doskonały sposób na oczyszczenie się ze zbrodni – zakazać mówienia o nich. Ewentualnie, by przekonać świat, że to „nie my”. Plus oczywiście troska o utrzymanie narodu w nieświadomości. Jak wiadomo, stadem baranów łatwiej sterować. Może dlatego Polacy ze swoim umiłowaniem wolności tak bardzo Niemców od tysiąca lat denerwują. Z tym że ostatnio nie tylko my. Na horyzoncie pojawił się nowy wróg Niemców – Donald Trump. W atakowaniu jego osoby postanowili wykorzystać stalinowską zasadę wyzywania przeciwników od faszystów.

Oto w czasie, kiedy niemiecki sąd skazywał dziennikarza za pokazanie prawdy, niemiecki szmatławiec „Stern” zamieścił na okładce fotomontaż, przedstawiający Donalda Trumpa, owiniętego w amerykańską flagę, z ręką w geście hitlerowskiego pozdrowienia i podpisem „Sein Kampf” (Jego walka). Aluzję do Hitlera i „Mein Kampf” zrozumiałby nawet najbardziej tępy „Helmut” i zapewne o to chodziło. O pokazanie, że pojawił się nowy Hitler, stanowiący zagrożenie dla „praworządnego” świata, na straży którego stoją – a jakże – Niemcy. Co prawda, na okładkę oburzeniem zareagowały środowiska żydowskie, ale redakcja „Sterna” nie zamierza się tym przejmować (wrogość do żydów to także niemiecka tradycja).

Oczywiście w obu przypadkach nie interweniowały żadne unijne instytucje. Dziennikarza „olały” wszystkie organizacje zatroskane o „wolność słowa” w Polsce (i kontrakty dla Adama Michnika). Helsińska Fundacja Praw Człowieka też ma go gdzieś. Nikt też nie zapytał „Sterna”, jakim prawem znieważa głowę innego państwa. Angela Merkel, która nie potrafi utrzymać języka za zębami, gdy chodzi o Polskę, tym razem ugryzła się w język tak skutecznie, że milczy jak grób. Albo szanuje „standardy” z czasów”pięknego Adolfa”, kiedy Niemcy rozstawiały po kątach europejskich polityków, same uważając się za niepodlegające żadnym regułom. Do chwili, kiedy swój sprzeciw wyraziła Polska.

Krótko mówiąc: jak Hitler to – Trump, jak obozy śmierci – to polskie. Oto jak działa zakłamana niemiecka propaganda.

Tekst  wzięty  z  https://warszawskagazeta.pl/kraj/item/5133-krotko-mowiac-jak-hitler-to-trump-jak-obozy-smierci-to-polskie-oto-jak-dziala-niemiecka-propaganda