Po co komu „profesor” Sadurski?


za:   http://wpolityce.pl/swiat/264454-po-co-komu-profesor-sadurski-wiadomo-skad-piana-na-jego-ustach-jej-przyczyna-jest-viktor-orban-ktory-nie-boi-sie-walic-prosto-z-mostu-prawdy-niewygodnej-dla-eurolewicy?strona=1

 Wiadomo, skąd piana na jego ustach – jej przyczyną jest Viktor Orbán, który nie boi się walić prosto z mostu prawdy niewygodnej dla eurolewicy

PAP/EPA
PAP/EPA

Łukasz Warzecha

Odbiorę most lub zginę! Naprzód, Węgrzy! Nie ma mostu, nie ma ojczyzny!

— te słowa musi znać każdy, kto zainteresował się historią Węgier i relacji polsko-węgierskich.

Swoich żołnierzy zagrzewał nimi do boju o ważną strategicznie przeprawę Bem Apó, czyli „Ojczulek Bem” podczas węgierskiego powstania roku 1848. Widnieją one również na tablicy pod pomnikiem Józefa Bema w Budapeszcie. Każdy, kto jeździł po węgierskiej prowincji, wie, że trudno znaleźć miasteczko, gdzie nie byłoby Bem József Utca, czyli ulicy Józefa Bema.

Ten węgierski sentyment do polskiego generała jest jednym z wielu elementów spajających przyjaźń obu narodów, poza rozlicznymi elementami wspólnej historii od czasów wcześniejszych niż elekcja jednego z najlepszych polskich królów Stefana Batorego z siedmiogrodzkiej dynastii. Polacy z kolei świetnie pamiętają, że węgierski premier Pál Teleki zdecydował o przesłaniu broni walczącej z bolszewikami Polsce w roku 1920, zaś w roku 1939 sondowany przez Berlin w sprawie przemarszu wojsk niemieckich przez węgierskie terytorium, wyjaśnił, że „ze strony Węgier jest sprawą honoru narodowego nie brać udziału w jakiejkolwiek akcji zbrojnej przeciw Polsce”.

Elementów łączących jest oczywiście o wiele więcej. Węgrzy stracili ogromną część swojego terytorium w następstwie traktatu z Trianon, Polacy – Kresy po II wojnie światowej. W Polsce komuniści więzili prymasa Wyszyńskiego, na Węgrzech najpierw siedział w komunistycznym więzieniu, a potem przez 15 lat w ambasadzie amerykańskiej trwał niezłomny prymas József Mindszenty. Węgierska rewolucja roku 1956 rozpoczęła się pod wpływem wieści o poznańskim Czerwcu. I tak dalej, i tak dalej.

Odkąd zacząłem regularnie odwiedzać Węgry kilka lat temu, ogromnie ten kraj i jego mieszkańców polubiłem. A także nabrałem szacunku dla jego wspaniałej i trudnej historii. O tym, że uważam Viktora Orbána ze jednego z najwybitniejszych – a może nawet najwybitniejszego – spośród środkowoeuropejskich polityków czasu po 1989, wiedzą wszyscy znający moją publicystykę. Co nie znaczy, że zgadzam się z każdym jego posunięciem.

Czytałem w ostatnim czasie wiele tekstów paskudnych, wstrętnych, kłamliwych, parszywych, ale przede wszystkim nudnych przez swoją powtarzalność. Dotyczyło to także „profesora” Wojciecha Sadurskiego, który na Lisowym portalu o parówkach wiele razy atakował nasz tygodnik i portal wPolityce.pl. Zapewne jednak za sprawą mojego węgierskiego sentymentu nie jestem w stanie (choć może by należało) milczeć w sprawie jego wyjątkowo obrzydliwego wypracowania, zatytułowanego „Po co komu Węgry?”.

Nie milczę o nim także dlatego, że nie można wykluczyć, iż zawarte w tym tekście sformułowania spełniają przesłanki art. 256 par. 1. kodeksu karnego, który mówi: „Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”. A już z całą pewnością jest to materiał dla rozlicznych zawodowych tropicieli tak zwanej „mowy nienawiści”. Coś mi jednak podpowiada, że w sprawie Sadurskiego głosu nie zabiorą.

Sadurski, podobnie jak jemu podobni lewacy, którzy na pewne hasła reagują jak psy Pawłowa, toczy pianę w sprawie imigrantów od początku kryzysu, przy wtórze rozmaitych Bonich, Lisów, Śród, Hartmanów i Kurskich (Jarosławów). Rozumiem, że można mieć na sprawę przyjmowania imigrantów pogląd nawet najdurniejszy i zamykać oczy na rzeczywistość. To powód, żeby ten pogląd zwalczać i wytykać zawarte w nim głupoty.

Sadurski zrobił jednak coś znaczenie gorszego niż powielanie lewackich głupot: w chamski i prostacki sposób napadł na kraj, który znalazł się na pierwszej linii kryzysu, jednocześnie wchodząc z należytą gorliwością w tyłek Berlinowi. Tu muszę zacytować kilka fragmentów tego knajackiego bluzgu (osoby, które jak ja są szczególnie wrażliwe na punkcie Węgrów, powinny może te cytaty opuścić).

Jedynym powodem, dla którego węgierskim herosom udało się pozwierzęcać nad nieszczęśnikami, jest to że ich śmieszny kraik przypadkiem znajduje się na drodze między południem Europy, dokąd uchodźcom udało się dotrzeć ze swojego piekła, a Niemcami, które pokazują dziś Europie, co to znaczy honor i wielkie serce. Między obozami, w których Węgrzy traktują uchodźców jak bydło a wstrzymaniem pociągu, zmierzającego do lepszych od Węgrów ludzi, madziarzy pokazali reszcie Europy i świata złą, nienawistną, pozbawioną cienia empatii postawę. […]

Małe, złośliwe państewko – przesiąknięte kompleksami i poczuciem żalu do całego świata (Trianon); tonące w toksycznej atmosferze połączenia smuty z agresywnością wobec słabych. Tłusta, niezdrowa kuchnia, marne wina, przereklamowana stolica z wdziękiem zapyziałych lat 1970-tych, marna muzyka […]. Jako peryferium europejskiego imperium, biedniejszy kuzyn Wiednia i Pragi, Jako państwo Unii Europejskiej – powód do wstydu I zażenowania.

Na tytułowe pytanie [komu potrzebne są Węgry] odpowiadam jednak: Węgry potrzebne są mnie. Z małą korektą – nie tyle Węgry ile Węgrzy I to zdecydowanie nie wszyscy. Mogę ich wyliczyć na palcach jednej ręki, i to nawet gdyby Jobbik amputował mi kciuk i wskazujący: Andras, Gabor, Renata. Drodzy przyjaciele: ludzie światli, odważni i mądrzy. Dziś głęboko zawstydzeni swoim państwem.

Można się domyślić, że András, Gabor i Renata to węgierskie odpowiedniki Sadurskiego, uważające Orbána za faszystę, ze wstrętem patrzące na tłumy Węgrów świętujące w 20 sierpnia Dzień Św. Stefana, wstydzące się nieustannie za regenta Horthy’ego i marzące o tym, żeby na jednego Węgra przypadało dziesięciu imigrantów. Czyli klasyczni lewaccy idioci.

W szaleńczej tyradzie Sadurskiego najzabawniejsze jest to, że oskarżenia pod adresem Węgrów są całkowicie bezpodstawne, gdyż wobec sytuacji absolutnie dramatycznej (proszę sobie spróbować kilka tysięcy ludzi, okupujących Plac Defilad przy Dworcu Centralnym w Warszawie) próbowali oni po prostu działać zgodnie z unijnymi procedurami. Węgierska policja nie była agresywna, reagowała na próby zaczepiania i atakowania imigrantów, a sami Węgrzy zachowywali podziwu godną wstrzemięźliwość wobec tej inwazji. Bo trudno nazwać to inaczej niż właśnie inwazją. Mamy na szczęście internet, dzięki czemu możemy się przekonać, że zdjęcia, które miały dokumentować rzekome znęcanie się węgierskich policjantów nad imigrantką z małym dzieckiem, leżącą na torach kolejowych, były zwykłym fałszem. Kobietę przewrócił na tory jej towarzysz podróży, którego policjanci starali się od niej odciągnąć.

Nie wiem, czego oczekiwał Sadurski. Że państwo graniczne UE bez żadnej próby kontroli zalewających je imigrantów grzecznie przepuści ich dalej i podaruje od siebie po 10 tysięcy euro na osobę? Czy Sadurski zapomniał, że Węgrzy musieli czekać, aż Austria i przede wszystkim Niemcy wydadzą zgodę na wzięcie do siebie tych rzekomo śmiertelnie zagrożonych „uchodźców”, którzy nie prosili, nawet nie domagali się, ale po prostu żądali natychmiastowej podróży do Niemiec właśnie?

Oczywiście wiadomo, skąd piana na ustach Sadurskiego. Jej przyczyną jest Orbán – jedyny w tej chwili europejski przywódca (może obok Roberta Fico w tej akurat sprawie), który nie obawia się walić prosto z mostu prawdy wyjątkowo niewygodnej dla eurolewicy. Trudno jednak pojąć, dlaczego Sadurski nie zaatakuje równie brutalnie rządu Australii, który od lat prowadzi bardzo skuteczną, a zarazem bardzo twardą politykę antyimigracyjną, nie wpuszczając po prostu ani jednego nielegalnego przybysza na swoje terytorium. Wszyscy są albo odsyłani tam, skąd przybyli (straż wybrzeża daje im tylko paliwo i jedzenie na drogę), albo lądują w obozach poza granicami kraju. Czemu więc nie słychać gromów potępienia Sadurskiego za te straszliwe praktyki? Może dlatego, że wygodnie jest zarabiać australijskie dolary na Uniwersytecie w Sydney? Teksty Sadurskiego od dawna straciły niegdysiejszy dowcip i polot, lądując na dnie kategorii żałosnych politgramot. Ten jest jednak wyjątkowo wstrętny. Tak wstrętny, że nie jestem w stanie pisać o „profesorze” Sadurskim bez cudzysłowu. Bo wciąż się łudzę, że tytuł profesorski do czegoś jednak zobowiązuje. Mam nadzieję, że bluzg Sadurskiego ktoś w czynie społecznym przetłumaczy na węgierski i umieści wraz z danymi kontaktowymi „profesora” na jakimś poczytnym węgierskim portalu. Czego mu z całego serca życzę.

P.S. Osobne „wyjaśnienia” należą się „profesorowi” za opinię o marnych węgierskich winach. Oddam wiele francuskich pretensjonalnych „Chateau de cośtam” za butelkę najzwyklejszego cuvée z Eger, przesiąkniętego zapachem charakterystycznej pleśni lokalnych piwniczek.

Hajrá magyarok! Hajrá Magyarország!