Trąd u ołtarza


za:   http://www.uziemkiewicza.pl/2015100492/blog-naczelnego/92-tr%C4%85d-u-o%C5%82tarza

Rafał A. Ziemkiewicz

Aż mi się nie chce o tym pisać, bo sprawa księdza Charamsy, który stał się bohaterem dla wszystkich nienawidzących Kościoła, jest bardzo prosta.

Facet jest zwykłym, jak to się kiedyś nazywało, wiarołomcą, który zdołał wmówić sobie, że to nie on jest winien, ale ci, którym przysięgał oraz zasady, które złamał. Nie mamy do czynienia z kimś, kto po latach kapłaństwa i pracy w Kongregacji Wiary nabrał wątpliwości co do sensu, celu i stosowanych środków. Z kimś, kto oznajmia: straciłem wiarę i poczucie sensu, znalazłem je gdzie indziej, więc odchodzę.

Nie mamy nawet do czynienia z kimś, kto po trzynastu latach życia w obłudzie i zakłamaniu zdobywa się na publiczne wyznanie: tak, od trzynastu lat łamię śluby czystości, mam homoseksualnego kochanka, nie mogę tak dłużej, odchodzę z Kościoła.

Nie. Mamy do czynienia z człowiekiem, który przez tyle lat co innego mówił, co innego robił, który codziennie odprawiał mszę, wygłaszał kazania i podpisywał dokumenty Kongregacji ds. Wiary, ba – miał czelność pouczać, dosłownie w ostatnich dniach jeszcze, jednego z najmądrzejszych i najuczciwszych polskich księży, zarazem żyjąc w całkowitej sprzeczności z Ewangelią, złożonymi ślubami oraz Katechizmem.

I po tych wszystkich latach – zero poczucia winy. Mało, facet nabrał takiej bezczelności, że ogłasza publicznie – to nie ja jestem nie w porządku, ale Kościół, przykazania i reguły. Precz z nimi, Kościół musi się dostosować do mnie i podobnych mi obłudników.  Bo jeśli się nie dostosuję, wyleję nań kubły pomyj, brylując w mediach jako antykatolicki celebryta.

O osobniku tak żałosnym nie ma w ogóle co rozmawiać.

Rozmawiać trzeba o rozmiarach zgnilizny, którą przypadek rozpustnego homo-księdza ujawnił. Nie wydaje się możliwe, aby przez trzynaście lat nikt z jego zwierzchników i współpracowników nie wiedział, z jakim bydlakiem ma do czynienia. To znaczy, że bydlak był – jakże to brzmi w tym kontekście – kryty przez wpływowych protektorów. Że nie jest wypadkiem odosobnionym, a więc – że Kościół Chrystusowy przeżarty został, jak się to już parokrotnie w jego dziejach zdarzyło, przez niszczącą go od wewnątrz konspirację. Że nawet na najwyższych szczeblach hierarchii zagnieździło się przekonanie, że głoszone zasady moralne to pic, bzdura dla maluczkich, i wolno je dowolnie łamać, aby tylko w tajemnicy.

Bardzo mi to przypomina ponury obraz elit przedrewolucyjnej Francji z „Wieku Markiza de Sade” Jerzego Łojka – z jednej strony oficjalnie głoszona obyczajowa surowość, z drugiej, ze świecą szukać frajera, który by się do niej stosował, nie wyłączając kardynałów i inkwizytorów.

Bardzo wielkie wyzwanie stawia to przed wszystkimi katolikami. Ale było przecież powiedziane jasno: „na tej skale zbuduję mój kościół, a bramy piekielne go nie przemogą”. Więc – aż się nie chce, ale trzeba powtórzyć – nie lękajmy się.

,