Z książki „Meczet Notre Dame. Rok 2048”, Elena Czudinowa, wyd. VARSOVIA, 2012
Imam Mohammad Qatanani is seen during an interview at his office at the Islamic Center of Passaic County in Paterson, N.J., Thursday, March 6, 2008. Qatanani has been refused a green card by immigration authorities who said he did not disclose on a previous application that he was arrested in Israel in 1993 and convicted of assisting Hamas militants. (AP Photo/Mike Derer)
Seledynowy saab imama Abdullwahida mknął z getta Austerlitz w kierunku Ogrodu Botanicznego. Szofer Abdullah, młody chłopak z konwertytów, lękliwie zerkał z ukosa na „patrona„, jak sam nazywał imama, gdy nikt nie słyszał. Gołym okiem było widać, że imam dawno już nie był w tak złym humorze, tylko patrzeć, jak przyczepi się do jakiejś drobnostki i urwie mu z wypłaty premię.
– Jeszcze jeden korek i mi ciśnienie skoczy. Nie, no pomyśl tylko, Abdullah, w końcu mamy teraz nie jakiś tam tysiąc czterysta piąty rok [według księżycowego kalendarza muzułmańskiego (hidżry), tj. 1985 r.] , kiedy to byle gołodupiec miał własne auto! W ciągu ostatnich dziesięciu lat, liczba prywatnych samochodów, za co chwała Allachowi, zmalała do jednej trzeciej! Skąd więc, pytam się, skąd te wieczne problemy z parkowaniem, ta ciasnota na drogach?!
– Bo cała ta statystyka jest nic nie warta, czcigodny Abdullahidzie! Zależy jak na to patrzeć. Z jednej strony, rzeczywiście, tylko co dziesiąta rodzina ma dziś samochód. Ale z kolei, ile nam przybyło rodzin w ciągu tych dziesięciu lat?
– Ty mnie tu nie pouczaj! Akurat wasze kobiety, Francuzki, mało rodzą! – oburzył się imam. – Myślisz, że nikt nie wie, co wy wyprawiacie? Bierzecie do domu jakąś starą dziewkę, siostrę albo przyjaciółkę żony, niby na drugą żonę, a prawda jest taka, że ona tylko pomaga w gospodarstwie albo dzieci niańczy! Udajecie, oczy mydlicie uczciwym ludziom! Żadnego przywiązania do normalnego porządku u was nie ma. A ja bym sprawdzał, tak, sprawdzał, czy mężczyzna śpi z wszystkimi żonami czy nie! Wziąć by was pod lupę, to zaraz by się wydało, co się w waszych rodzinach wyprawia!
Abdullah przemilczał uwagę. Imam miał bardzo kłótliwy charakter, a on bał się o swoje miejsce pracy. Szczególną zaś cierpliwością wykazywał się po każdym odwiedzeniu getta. Zbyt żywe było jeszcze wspomnienie niedawnych głodnych lat, parszywych papierosów, łachów po starszym bracie, pięciometrowego pokoiczku pod dachem. A co najbardziej przykre, ileż to po sąsiedzku mieszkało wszelakiej maści durniów, których Arabowie próbowali nawracać. Oni zaś wcale tego nie chcieli. Jedni wypowiadali słowa szachady ze łzami, jakby kto im ojca i matkę zabijał, a inni już w ogóle wybierali przeniesienie na łono Abrahama.
Za niego z kolei ci z policji religijnej wcale się nie brali, już nawet przestał ich oczekiwać. Czasem zdawało mu się, że już mu tak te najlepsze lata życia przelecą za drutem kolczastym. Z drugiej strony, to znów delikatna sprawa – samemu nie wypada poprosić. To znaczy, oczywiście, można. Ale wtedy tanio się człowiek sprzedaje, oj tanio. Kiedy imam Abdullwahid w końcu pojawił się w ich domu z Pouczeniem dla zwolenników sunny pod pachą, jego radość była niekłamana.
Matka z bratem w milczeniu wychodzili z pokoju, ponurzy, przygnębieni, a on zostawał i słuchał. Słuchał, kiwał, zgadzał się, czasem ledwo powstrzymując promienny, drwiący uśmieszek, zwłaszcza, gdy obliczał sobie z grubsza, o ile więcej zarabiają prawowierni. I w końcu jego historia zakończyła się happy-endem: imam uznał jego nawrócenie za swój osobisty triumf; sam się zatroszczył o obiecującego młodzieńca, biorąc na siebie całą biurokrację. W końcu zrobił go swym osobistym szoferem. Na taką ciepłą posadkę nawet nie każdy Turek mógłby liczyć i żaden Arab by się jej nie powstydził!
– Tak, chociaż i potomkowie proroka też często nie są od was lepsi – gderał dalej imam. – Uczą dzieci zabawiać się tymi tworami szatana – fortepianami, czy jak je tam zwą, kontrabasami, skrzypcami… Dobrze chociaż, że w mieście nawet jedna sztuka nie została z tych obmierzłych ogromnych instrumentów z dziesiątkami piszczałek! A to by dopiero na nich grali! Pilnowałby lepiej jeden z drugim, czy dziecko na poranną modlitwę nie zaspało! Ale po co, namaz nieważny, niech sobie lepiej na pianinkach pobrzdąkają! Ktoś powie, odrobinka muzyki bogobojnemu człowiekowi nie zaszkodzi – na weselu czy tak po prostu do kolacji. Ale te wszystkie nuty to jest dzieło szatana, tak, dzieło szatana! Tak, Abdullah, przypomnij mi, żeby wysłać pomocników, niech popalą te wszystkie paczki z nutami w domu tej kafirki, z którą dziś się rozprawiliśmy! Jak nie nakażesz, to rozniosą gdzieś i pochowają, już ja wiem najlepiej, jakie tam kombinatorstwo odchodzi w tym getcie!
– Lato zapowiadało się znojne i już teraz popołudniu słońce zaczynało prażyć. Imam był zmęczony wizytą w getcie, zmęczyło go wchodzenie po drabinach do domów, w których już od dawna nikt nie widział żadnej windy, zmęczyło go przebywanie w żałosnych zakurzonych mieszkankach bez klimatyzacji. Gdyby nie to naturalne dla tak wysoko postawionej persony rozdrażnienie, być może i nie wezwałby bezzwłocznie policji, żeby aresztowała starą nauczycielkę muzyki, żyjącą skromnie z lekcji gry na pianinie w getcie Austerlitz. Nauczycielka, niejaka Marguerite, tfu, też mi imię, Marguerite Teysse, już od dawna była na liście, ale mogła spokojnie przeżyć jeszcze jakieś pięć lat w tej swojej klitce, w końcu zdarzają się takie przypadki bardzo często. [—]