Nikt oczywiście nie potrafi wyjaśnić, jak to się stało, że na koncertach w krakowskich kościołach występował Charles Cohen, zdeklarowany gej z upodobaniem do dużo młodszych partnerów, którego akurat teraz, przed tegorocznym występem, amerykański prokurator raczył był zapuszkować. Media, również te zwane „prawicowymi”, a więc niejako z definicji kojarzone z Kościołem, milczą. Nikt nawet nie próbuje wyjaśnić tej kwestii. Oczywiście dobrze się stało, że ten nieszczęśnik nie przyjechał, ale jeszcze lepiej się stało, że Toyahowi udało się odwołać te koncerty w kościołach.

Jak wiecie wczoraj o tej sprawie pisały portale na całym świecie, nawet w Finlandii, pisała o tym gazownia, gdzie Toyah został najpierw nazwany „mało znanym blogerem”, a potem przerobiono to na „prawicowego blogera”. To jest, uważam, wielki postęp i świadectwo, że gazownia, przynajmniej stara się jakoś ocenić realia. To się „naszym” mediom nie przytrafia nigdy. Podkreślam – nigdy.

Jeśli idzie o tak zwaną prawicę, jedyny głos na temat festiwalu pojawił się na blogu Jerzego Bukowskiego, który oznajmił, że w związku z tym odwołaniem koncertów w kościołach dzwonią do niego dziennikarze i proszą o wyjaśnienia, a on nie wie co zrobić, bo jest specjalistą od muzyki poważnej raczej. Tak obsranej pretensjonalności mili państwo to ja nie widziałem od czasu kiedy aktorka Janda śpiewała piosenkę pod tytułem „Guma do żucia”. A to było ładnych parę lat temu. Najlepiej byłoby, żeby Bukowski wskazał tym dziennikarzom blog Toyaha, bo to on jest przecież głównym bohaterem tych wydarzeń, a nie Bukowski i muzyka poważna. No, ale jak widzimy ktoś nałożył serię ciężkich blokad na mózg Bukowskiego i nawet tak prostej kwestii nie potrafi on załatwić. Musiałby wtedy bowiem przyznać, że Toyah w ogóle istnieje, a to przecież nieprawda. Jego nie ma, jest tylko Bukowski, spec od stawiania pomników i jego kumple co potrafią postawić się Klacie na przedstawieniu w teatrze Starym, a potem bohatersko wyjść z widowni, pokrzykując „to skandal, to skandal”, albowiem pan Klata raczył sprofanować jakąś romantyczną bzdurę, którą akurat uznano za narodową świętość.

To jest bardzo znamienne, że tak zwana prawica, ze szczególnym wskazaniem na Kraków, występuje zawsze w obronie tych świętości narodowych, a nawet pomnaża ten zbiór bez opamiętania. Kiedy zaś przychodzi do obrony świętości takich bardziej świętych, patriotyczna prawica nabiera wody w usta i co najwyżej wykonuje 'Pierwszą brygadę” murmurando. I tak jest również i tym razem. Ktoś powie, że mamy jeszcze prawicę katolicką, której reprezentantem jest liczna, wzorcowa wręcz rodzina Terlikowskich.

Tak, oczywiście, pani Małgorzata Terlikowska, zajmuje się ostatnio lansowaniem stosunków oralnych, które ponoć nie są grzechem, jeśli – cytuję – „kończą się w kobiecie”. Nie będę się teraz znęcał nad Terlikowską i jej domowymi praktykami sypialnianymi, ale warto rozejrzeć się trochę po świecie i zobaczyć, że seks, nawet z mężczyzną tak atrakcyjnym i dynamicznym jak Tomasz Terlikowski, to jednak nie wszystko, że są jeszcze inne kwestie, takie bardziej rzekłbym intelektualne, które można poruszać w swoich, adresowanych do oświeconych, czytających tygodnik „Wysokie obcasy” katolików, pogadankach.